piątek, 10 grudnia 2010

Co możecie dla mnie zrobić?

Za 5 minut ruszam na lotnisko, przede mną długa droga do Polski, dlatego tych którzy wierzą w Boga proszę o modlitwę, tych którzy wierzą w anioły - o ich wsparcie a tych którzy wątpią prosze o życzenie szczęśliwej podróży.
Do zobaczenia niedługo

czwartek, 9 grudnia 2010

"Gdzie i kiedy możemy się spotkać?"



ZAPRASZAM WSZYSTKICH CHĘTNYCH, CZYTELNIKÓW BLOGA, MIŁOŚNIKÓW AFRYKI, POŁOŻNICTWA I NIE TYLKO.

Ostatnie dni

Ostatnie dni w Bugisi minęły szybko, za szybko! W 2 ostatnie czwartki podczas robienia USG asystowali mi studenci Pielęgniarstwa ze szpitala rządowego Kolandoto ( niedaleko nas). Znajduje się tam jedna z lepszych szkół pielęgniarskich w Tanzanii. Nie jest to jednak uniwersytet ale college, który nie kosztuje tak dużo jak uniwersytet a jest się wykwalifikowaną pielęgniarką / położną, chociaż bez dyplomu. Pielęgniarki kończące ta szkołę mają ogromne doświadczenie pracy bo szpital w Kolandoto to wielkie centrum medyczne dla osób z rejonu Shinyanga i nie tylko. Eunice, moja kochana oddziałowa o której już wspominałam, skończyła właśnie Kolandoto i 30 porodów na jednej zmianie to była norma!!!! Stan szpitala w porównaniu z innymi placówkami rządowymi też jest podobno dobry, a standardy dotyczące porodów – podobne co w Polsce. U nas w Bugisi, gdy były jakiekolwiek komplikacje podczas porodu lub kobieta była za młoda – wysyłana była lub transportowana właśnie do szpitala w Kolandoto. Teraz mamy w Bugisi 12 studentów pielęgniarstwa – ich głównym zadaniem jest chodzenie na wioski, zbieranie wywiadu środowiskowego i rozmowy, spotkania na wioskach na temat zdrowia, higieny itd. W czwartki zawsze zabieram ze sobą kilku studentów do pokoju badań, a przy okazji to ogromna pomoc dla mnie w całej papierologii i rejestracji.

Poprzedni tydzień minął intensywnie – w poniedziałek do Bugisi przyjechało 3 lekarzy z Irlandii – kardiolog, pediatra i ginekolog. Po okolicy szybko rozeszła się informacja, o bezpłatnych konsultacjach z nimi więc każdy z nich miał naprawdę dużo pracy. Ja zostałam z ginekologiem i przyszło do nad mnóstwo kobiet , z czego najstarsza miała, UWAGA, 110 lat!!!
Od środy zostałam sama w klinice – zarówna s. Kathleen jak i Ewa wyjechały więc przez 4 dni „starałam się” zaopiekować kliniką :) Środa była bardzo pochmurna, padało prawie cały dzień a na dodatek nie było światła. W związku z tym laboratorium nie mogło pracować – ani światła, ani energii słonecznej, na szczęście mamy generator prądu więc na tyle ile było potrzebato go podłączyliśmy.
W piątek przyjechał do nas 16 letni chłopak, który spadł z drzewa i złamał sobie rękę. Że jest złamana to było widać gołym okiem bo jeszcze takiego złamania z przemieszczeniem nie widziałam. Chłopak wył z bólu z my jedynie co mogliśmy z Eunice zrobić to zbudować mu jakiś stelaż pod rękę, dać Diclofenac i wysłać do szpitala na operację. Zanim rodzina dojechała minęła godzina, potem okazało się że nie mają pieniędzy na jakikolwiek transport do szpitala, pożyczyłam im 10 000 szylingów w zastaw pod rower i pojechali. Gdyby była obecna s. Cathleen pewnie przetransportowalibyśmy go sami ambulansem do szpitala bo jak on wył z bólu leżąc to jak musiało go boleć jadąc na bagażniku roweru po dołach, kamieniach i piaskach które są w koło.

W sobotę i niedzielę żegnałam swoich przyjaciół z Bugisi, którzy sprawili że czułam się tam jak w domu. W poniedziałek dla pewności zrobiłam sobie test na malarię – nie miałam malarii i nie mam :) 3 miesiące bez malarii, nie biorąc profilaktyki. Dla mnie to jakiś cud :) bo rejon Bugisi jest malarycznym rejonem – nie dlatego że mieszkamy przy jakimś zbiorniku wodnym, bo nie mieszkamy – wkoło tylko półpustynia – ale dlatego, że w Bugisi jest przychodnia. Do przychodni codziennie przychodzi kilkanaście/kilkadziesiąt (zależy od dnia) osób z malarią. Komar spożyje krew takiej osoby, lata dalej po Bugisi i rozdaje każdemu zarodźce malarii:) Śmieję się nieraz, że może mam wrodzoną odporność na malarię bo tak przez komary pogryziona nie byłam chyba jeszcze nigdy :) Nawet jak siedzę z Jola to komar mając do wyboru mnie i Jolą – wybiera mnie :)

W poniedziałek po południu byliśmy już w Mwanzie gdzie mamy spotkanie wszystkich członków SMA w Tanzanii. W sumie jest nas ok. 25 osób, w tym 8 Polaków:)
Wtorek to oficjalne spotkanie a po południu zakupy w Mwanzie i dla Joli fryzjer. W środę rano pojechałyśmy z Jolą znowu na zakupy – tym razem dala dala- z czego się cieszyłam bo to mój ulubiony środek transportu w Tanzanii. Tym razem jechaliśmy w TYLKO 23 osoby w małym busiku – ja na szczęście siedziałam ale za to na mnie leżeli inni :) W środę po południu mieliśmy w domu SMA uroczystą Mszę Świętą z okazji 154 rocznicę założenia SMA. Podczas Mszy ja z Jolą składałyśmy również zobowiązania bycia Misjonarzem Świeckim SMA przez kolejne 2 lata. Na uroczystości zaproszeni też byli przyjaciele, i znajomi SMA z Mwanzy. Po Mszy kolacja, śpiewy i zabawa do późna. Dla wielu osób, którzy pracują od wielu lat w Tanzanii to nasze coroczne grudniowe spotkanie w Mwanzie to taki przedsmak świąt Bożego Narodzenia. Tutaj Świąt Bożego Narodzenia nie obchodzi się tak jak we własnym domu, nie ma też takiej atmosfery Świąt (chociaż ostatnio widziałam w jednym sklepie choinkę i mikołaja!! )A ja co robię? Słucham ciągle Czerwonych Gitar – „Jest taki dzień” :)
Jutro już wylatuję więc dziś pakowanie pakowanie i jeszcze raz pakowanie – jak ja tego nie lubię ! :)
Mam propozycje dla wszystkich, którzy czytają tego bloga – tak na zakończenie mojego pobytu w Tanzanii – jeśli macie jakiekolwiek pytania o mój pobyt, moje przemyślenia, moje uczucia itd. To piszcie na meila: monika.nowicka.sma@gmail.com – najciekawsze pytania wraz z odpowiedziami – opublikuję jutro więc czasu niewiele :)

wtorek, 23 listopada 2010

Zew natury.

Długo się nie odzywałam, wiem! Ale było to spowodowane problemami z Internetem – skończył nam się abonament. Ale postaram się Wam nadrobić to co mi się przydarzyło. Zaraz po moim ostatnim wpisie czyli sobota i niedziela odbyły się imprezy pożegnalne dla Proboszcza parafii Bugisi ks. Jasia Machoty, który po 7 latach pracy tutaj przenosi się na inną placówkę, do Mwanzy. W lokalnym zwyczaju normalne jest „wyprawianie” pożegnań, czyli tzw. „sherehe”, które zawsze jest okazją do dobrego posiłku i przygotowania jakiegoś wystąpienia. Główne uroczystości odbyły się w niedzielę, Msza Święta trwała 4 godziny a co było najpiękniejsze – podczas niej mogłam posłuchać pieśni w języku Sukuma. W latach 60’tych ówczesny prezydent Tanzanii, Julius Nyerere wprowadził jako język urzędowy język suahili. Miało to na celu zjednoczenie plemion zamieszkujących Tanzanię. I to mu się udało bo Tanzania jest teraz bardzo pokojowym państwem, a małżeństwa mieszane to rzecz normalna. To ujednolicenie językowe ma jednak swoją złą strony – języki plemienne powoli tracą na wartości, wymiera kultura poszczególnych plemion. I chociaż osoby w średnim wieku umieją i suahili i sukuma to już starsze osoby mówią tylko w j. Sukuma a dzieci w szkole uczą się tylko suahili. I tak sobie myślę, że minie jeszcze parę pokoleń i przepięknie brzmiący język Sukuma zginie śmiercią naturalną. Śpiewy w języku Sukuma podczas Mszy po prostu mnie porwały. Może uda mi się wrzucić niedługo filmik na Youtube to przekażę Wam.


Po mszy poszłyśmy na obiad zorganizowany dla parafian ale szybko trzeba było wracać po „kameralna” impreza pożegnalna dla najbliższych była u nas w domu. Dla najbliższych tzn. Wspólnota SMA, Wspólnota sióstr OLA, Wspólnota Salezjanów oraz wspólnota sióstr Notre Dame + goście. Plan A zakładał grilla na zewnątrz; popołudniem przyszedł deszcz, wszystko zmoczył i oziębił, że trzeba było zastosować plan B czyli nasz dom, ale mięsko z grilla było obowiązkowo. W sumie było nas ok. 20 osób, a najpiękniejsze to, że międzykulturowo bo prawie każdy z innego kraju. Gdy prawie wszyscy się rozeszli a zostali tylko SMA okazało się, że mamy w domu nie lada towarzysza – skropiona długości ok. 30cm.

Dzięki Bogu poruszają się bardzo wolno więc z łatwością można im uciec – gorzej jak się nie zauważy, dlatego chciałam przy okazji podziękować raz jeszcze rodzinie Prugarów za trafiony prezent – nie ruszam się wieczorem bez czołówki, która od Was dostałam, a szczególnie teraz kiedy praktycznie co wieczór nie ma prądu – jest dla mnie niezbędna. Co do skorpiona, najpierw udało się nam go zamroczyć jakimś sprayem, potem był czas na sesję zdjęciową z nim a później zamieszkał w słoiku, w nim umarł i czeka, aż go ktoś zabierze do Polski. Podobno mam zrobić to ja :) Tylko jakby ktoś mógł sprawdzić czy mogę przewozić takie „cuda natury” legalnie to proszę o info, żebym potem nie musiała zmieniać nazwy bloga na „położna w więzieniu kobiet Sukuma” :)

W tygodniu pracy wciąż dużo, bo nie ma naszej felczerki, czyli powiedzmy „lekarki”. Z związku z tym znowu siedzimy z Yunice w gabinecie. To co mi się bardzo w naszej przychodni to to, że nikomu nie zostanie odmówiona pomoc medyczna pomimo braku pieniędzy, a przecież jesteśmy przychodnią prywatną. Przyszła kobieta z dzieckiem, które jak się okazało miało ciężką malarię. Nie miała jak zapłacić , ale zostawiła w zamian rower, ( który ma tu dużą wartość) , wzięła wszystkie lekarstwa dla dziecka i obiecała przyjść z pieniędzmi i odebrać rower. Na następny dzień przyszedł starszy mężczyzna, który także był ciężko chory. Jego leczenie kosztowało 3000 szylingów – w przeliczeniu na złote – ok. 6 zł. Nie miał przy sobie ani szylinga i tez nie miał skąd ich wziąć. Jedynie co miał to zmiotki, które zrobił z suchej trawy. Chciał nimi zapłacić mimo, że ich wartość nawet nie przekraczała 500 szylingów. Bez zastanowienia kupiłam od niego te 2 zmiotki za 3000 szylingów czyli całe jego leczenie. Mi się przydadzą, a Jemu lekarstwa uratują życie. I tak sobie myślę – jak wiele jest życie człowieka warte? Jest bezcenne, bo każdy z nas sam w sobie jest wartością nadrzędną, choćby był najuboższy i pochodzący z najbardziej zapomnianych miejsc na ziemi.
Na oddziale od kilku dni leży 10-letnia Christina, która została dosłownie porwana od swojego taty. Porwali ją jej dziadkowie, rodzice mamy z którą przyszła do nas. Sytuacja jest skomplikowana – rodzice się rozeszli, tata zabrał całą trójkę dzieci i nie pozwala się mamie spotykać z nimi. Christina jest najstarsza. Nie chodzi do szkoły – zajmuje się utrzymaniem domu. Sprząta, pierze, gotuje, wychowuje młodsze rodzeństwo. Trafiła do nas z silną malarią i niedożywieniem. Jest cicha i nieśmiała ale za to pięknie się uśmiecha. Po 4 dniach wyszła do domu, w ręku trzymając list do ojca od naszej przychodni, że ze względu na swój stan zdrowia musi lepiej się odżywiać i mniej pracować. Jedynie co mi zostało, to tylko ufać, że jej tata wdroży to w życie.
W środę pod koniec mojej pracy przyszła para, młode małżeństwo – ona 25 lat, on pod 60-tkę :) Niedawno wzięli ślub no i po nocy poślubnej oboje mają nadzieję, że już Pani zaszła w ciążę. Tak, wiem co sobie myślicie ale naprawdę tak było. No i w związku z tym przyszli zrobili badania, z których ostatnie było USG. Jedynie co mnie zdziwiło, że Panu również mam zrobić USG. S. Cathleen mi wytłumaczyła, ze to takie psychologiczne zagranie, bo wiadomo, że nieprawidłowości u niego nie wykryjemy bo się nie znamy, ale w razie, gdyby on zaczął oskarżać swoją żonę, że brak ciąży to jej wina lepiej się ubezpieczyć i mieć w zanadrzu przyszykowane wyjście awaryjne, czyli zasugerowanie, że to z nim coś jest nie tak. Wiem, że to chwyt poniżej pasa, ale z drugiej strony tutaj niemożność zajścia w ciążę zawsze jest rozumiane jako wina kobiety, nikt nie bierze pod uwagę bezpłodności u mężczyzn. Tak więc zrobiłam mu piękne USG, starając się z zainteresowaniem patrzeć na monitor ultrasonografu a szczerze to nie miałam pojęcia gdzie się kończy pęcherz moczowy a zaczyna prostata:) Pani w ciąży nie była, więc poszli na konsultacje do siostry Cathleen, a co tam ona im naopowiadała to już nawet nie ważne :)

W piątek po pracy pojechałam z Jolą do Mwanzy na weekend. Swoją podróż zaczęłyśmy od dala dala 6 osobowego. Na początku, rzeczywiście, w środku było 6 osób. Z każdym „przystankiem” liczba się stopniowo powiększała, ale jak w końcu zobaczyłam 6 mężczyzn wchodzących do i tak już zapakowanego dala dala to zwątpiłam w rzeczy niemożliwe. Wszystko jest możliwe! Nawet 17 osób w 6 osobowym samochodzie! Kierowca wybrał drogę na skróty – tj. przez okoliczne wioski, gdzie „udało mu się” trafić w kozę na drodze. Byłyśmy z Jolą jedynymi, które zareagowały – co wywołało wśród naszych towarzyszy salwę śmiechu. W końcu dotarłyśmy do Shinyangi na dworzec autobusowy. Nie zdążyłyśmy wyjść z samochodu a już wkoło masa „pomagaczy”, którzy się Tobą zaopiekują włącznie z wprowadzeniem do odpowiedniego autobusu zmierzającego do Mwanzy. W końcu zajęłyśmy miejsce i powoli ruszyliśmy do Mwanzy. Przed nami 3 godziny drogi – pod nogami gdaczące kury od sąsiada, za oknem sprzedawcy wszystkiego co się może przydać w podróży a nad nami tylko aniołowie, czuwający by autobus się nie popsuł po drodze. I dzięki nim dojechaliśmy na czas do Mwanzy, która przywitała nas deszczem – tam już pora deszczowa w pełni.

Weekend w Mwanzie to sobota na zakupach – z Jolą wybrałyśmy się dala dala na miasto. Udało nam się załatwić wiele rzeczy i co ciekawe udało mi się kupić koszulkę reprezentacji Tanzanii w piłkę nożną i mam zamiar z premedytacją ja wykorzystać niedługo  Niedziela odpoczynek a w poniedziałek znowu zakupy i powrót. I to jest właśnie dzień, w którym wykorzystam moją koszulkę. „Mzungu”(czyli Biały) w Mwanzie lub po prostu w podróży często kojarzy się z turystą albo z kieszeniami pełnymi dolarów. Że ja nie jestem ani jednym ani drugim to starałam się udowodnić, z dumą nosząc przez cały dzień koszulkę reprezentacji Tanzanii. Podziałało, bo dużo osób zwracało na to uwagę a szczególnie w autobusie, ulubieni handlarze. Szczególnie jeden taki się doczepił, który uparł się by mieć żonę Polkę, ale że my z Jolą to prawie jak Tanzanijki to musieliśmy się pożegnać :)
Autobus z Mwanzy odjechać miał w planie 14.30. Zawsze się dziwiłam – po co podają godzinę odjazdu skoro i tak wiadomo, że ruszy wtedy jak będzie zapełniony pasażerami. Po pół godzinie komunikat, że zmieniamy autobus na większy bo jest jednak tylu chętnych, że się nie mieścimy. Po zmianie autobusu siedzimy koło sympatycznego muzułmanina. Dzięki niemu dowiadujemy się że właśnie zaczynają zmieniać opony w naszym autobusie. Super! Jedynie co nam zostaje to uzbroić się w cierpliwość. Wykorzystujemy czas na rozmowę z naszym nowym znajomym , który okazało się, że jest z Ugandy i zna Namugongo (Przemek, jak to czytasz to pozdrowienia z Namugongo! :) ) Prowadzi jakiś interes w Kahamie i jest przesympatyczny i bardzo ekumeniczny :) Mija kolejne 1,5 godziny w oczekiwaniu jak ruszymy i powoli tracimy cierpliwość. Wiem, że tu wszystko „pole, pole” ale zanim dojedziemy do domu będzie tak ciemno, że nawet przystanku na którym wysiąść musimy nie zauważymy. Na szczęście znalazło się parę fajnych osób, które z kilometra przed wołało „Mzungu, twój przystanek” że udało nam się wyjść w dobrym miejscu Pożegnałyśmy się z naszym rafiki z Kahamy i wyszłyśmy wprost na ulewę. Nie ma co narzekać, tutaj nikt nigdy nie powie złego słowa na deszcz. Deszcz jest zawsze błogosławieństwem, bo daje życie, daje pokarm. W Bugisi chyba na dobre zaczęła się pora deszczowa, dziś zauważyłam nawet pierwsze milimetry zielonej trawy, które próbują się przebić przez suchy piach. No a poza tym zew natury, wszystko w koło śpiewa, skrzeczy, piszczy i szumi – tzn, że przyroda obudziła się do życia, a najbardziej to wszystkie robaczki, koniczki polne, muchy, muszki i muszeczki, komary i komarzyce, stonki i biedronki i wszystkie inne małe i duże stworzenia. Dzięki temu już nie ma cichych nocy – są za to koncerty natury.


Trochę prywaty na koniec:
1. Gorące uściski dla małej Zosi Prugar, która niedawno przyszła na świat. Rodzicom i Jasiowi – gratuluje!
2. Kochane Gałeczki, jestem w trakcie czytania „Chaty” ale już teraz wiem, że jest świetna! Pozdrawiam całą 6.
3. Gorące pozdrowienia dla p. Eli Czupryniak bo wiem, że mnie tu śledzi :)
4. Serdeczne pozdrowienia dla cioci Stefanii z Wojcieszyna! Do zobaczenia wkrótce!
5. I na koniec - nasz nowy przyjaciel, Ibrachim, syn naszej kucharki :) Prawda, że śliczny?

piątek, 12 listopada 2010

Polsko! Ojczyzno moja!



Od kilku dni na oddziale dla kobiet jest zamontowany telewizor z kablówką. Dlatego zawsze gdy jest włączony schodzą się na oddział zarówno kobiety, dzieci, mężczyźni i rodziny tych pacjentów. Prócz tego część personelu . Reasumując robi się małe kino i nie ważne co oglądamy – czy pokaz mody kenijskiej, czy brazylijska telenowele, czy teledyski Bolywood – tłumy są zawsze. I oczywiście telewizja jest darmowa – nie jest tak jak w Polsce zazwyczaj, że telewizor jest na monety :)
W tym tygodniu część staffu pojechała na kursy doszkalające a więc ja i Yunice – moja kochana oddziałowa :) jesteśmy przez cały tydzień lekarzami, położnymi, pielęgniarkami. Codziennie siedzimy w OPD razem konsultując się wzajemnie bo jak jedna wie o medycynie tropikalnej tak druga trochę o internie :) W poniedziałek za to były takie tłumy w przychodni, że porównałam sobie do Polski – w Polskich przychodniach tez zazwyczaj największy ruch jest w poniedziałek – po weekendzie. A dodatkowo u nas połowa z pacjentów ambulatoryjnych to były pacjentki ciężarne – zazwyczaj z malarią, infekcja układu moczowego albo anemią. Nawet się nie dziwiłyśmy jak kobiety wchodziły i pokazywały kartę ciąży ( Tak, tu też to funkcjonuje :) ) . To co mnie ciągle dziwi to to, że dla nich brak miesiączki zawsze oznacza ciąże. Nawet w ostatni czwartek miałam kilka pacjentek podczas USG z brakiem miesiączki od 3 miesięcy i przekonanych, że są w ciąży. Podczas badania okazywało się, że niestety to nie ciąża. Nikt tu testu ciążowego nie robi. A amenorrhoea zawsze oznacza pregnant. I dlatego przyszła mi na myśl refleksja, że bardzo przydałby się tu ginekolog bo niestety kobiet z chorobami układu płciowego jest dużo a diagnostyki żadnej. Jedynie co możemy zaproponować, poza USG tym pacjentkom to ginekolog – najbliższy w szpitalu 50 km od nas.

Oprócz przypadków ginekologicznych najbardziej lubię te na których się najmniej znam – czyli np. diabetologia, dermatologia i otolaryngologia. Nie znam się a muszę. Dziś na przykład przyszła pacjentka, która powiedziała że nie słyszy na prawe ucho i czuje, że coś w środku ucha się rusza. Najpierw z szafy wygrzebałyśmy z Yunice otoskop, którego nie spodziewałam się w tych warunkach:) A jednak! Potem się okazało, że ucho jest całkowicie zatkane – czyszcząc je nie mogłam oprzeć się wrażeniu że to nie jest zwykła woskowina uszna ale coś gorszego – wyglądało dziwnie, było czarne i ziarniste. Na koniec gdy się wreszcie dokopałyśmy do ucha środkowego ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w środku, na błonie bębenkowej „coś” siedzi. Ba! Siedzi i się rusza! Yunice oświeciła mnie, że to jeden ze znanych tu tropikalnych pasożytów, które się też w uchu usadawiają. Tak więc pacjentka została skierowana do prawdziwego otolaryngologa do szpitala, na zabieg usunięcia tego robala, bo ja z Younice - 2 położne, które dzieciom nowonarodzonym mówią Dzień Dobry, tego JESZCZE robić nie potrafimy:) Z czasem kto wie :)

Z 3-letnią Jane :)

We wtorek na żądanie wyszła do domu Jane – moja ulubienica, która została poparzona – tak jak wcześniej wspomniałam, najprawdopodobniej celowo. Usłyszałam też historię jej porodu, który był bardzo ciężki, trwał długo i niestety Jane nie urodziła się w dobrym stanie. Podczas porodu doszło do niedotlenienia w związku z czym Jane jest w lekkim stopniu upośledzona umysłowo. Cały czas myślałam, że to że przez miesiąc jej pobytu nie usłyszałam od niej ani słowa jest wynikiem szoku powypadkowego. Okazało się jednak, że Jane jest opóźniona troszkę w rozwoju, mówi bardzo bardzo mało i nieskładnie. Ale za to teraz przepięknie się śmieje podczas zabawy ze mną. Pierwsze co robiłam gdy wchodziłam rano na oddział to szłam przywitać się z Jane – ona z rana zawsze miała dobry humor i czekała na zabawe. Podczas obchodu patrzyła na mnie zawsze swoimi wielkimi oczami, a że miała zeza to ja nigdy nie wiedziałam kiedy się na mnie patrzy. Poznawałam tylko wtedy gdy się zaczynała uśmiechać. W każdym bądź razie to jej upośledzenie najprawdopodobniej było powodem do próby zabicia jej. Mam nadzieję jedynie, że to nigdy sie nie powtórzy, bo dziewczynka jest naprawde wspaniała. I trochę mi było smutno jak dziś wychodzili – szczególnie dlatego, że mieszkają bardzo daleko od Bugisi. To co mnie pociesza, to że w jej wiosce jest także wioska dojazdowa Parafii Bugisi, więc jak usłyszę że któryś z Misjonarzy jedzie do Ihugi to też na pewno pojadę by przy okazji ich odwiedzić. Babcia Jane często zapraszała mnie w gościnę – wspaniała kobieta, dla Jane by nieba uchyliła a mnie uwielbiała uczyć suahili :)

Nie mogłam doczekać się czwartku, Święta Niepodległości. Jakoś tak na obczyźnie inaczej przeżywa się Święta Państwowe, szczególnie tak ważne jak 11 listopada. Plan na czwartek jest taki – ja się streszczam w robieniu USG od 8 do 14 – 35 USG to chyba dobry wynik, a potem idziemy do szkoły gdzie Jola uczy i najpierw będzie Msza pożegnalna dla ks. Janusza a potem prezentacja o Polsce. Pokazałyśmy 2 filmy, z czego największy zachwyt usłyszałyśmy podczas fragmentów o jedzeniu, a nie o śniegu tak jak myślałyśmy. Potem krótka wypowiedź ogólnie o klimacie, o gospodarce i rolnictwie. Nie zabrakło oczywiście podkładu Mazurka Dąbrowskiego - chyba nigdy z takim wzruszeniem i dumą go nie śpiewałam jak teraz. To co mnie ujęło to ilość życzeń i gratulacji od osób różnych nacji tutaj – były osoby z Kenii, Niemiec, Słowacji, Holandii, Indii, Irlandii i oczywiście Tanzanii. Na kolację w domu co? Grochówka i placki ziemniaczane – nic więcej wymagać nie trzeba – do Polski jest blisko! Dziś przypomina mi się tylko cytat naszego wieszcza narodowego, aczkolwiek troszkę przeze mnie przerobiony: Polsko, Ojczyzno moja! Tyś jest jak zdrowie! Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Cię stracił! Dziś piękność Twą w całej ozdobię, widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie!

I niech to patriotyczne zakończenie posta pobudzi Cię do rozmyślań, czym dla Ciebie jest Polska i czy musisz ją wpierw „stracić” choćby na chwilę by ją prawdziwie docenić i pokochać?

wtorek, 2 listopada 2010

Uchungu? Ndiyo, Mzungu!

Ostatni tydzień zaczął się kilkoma niepotrzebnymi śmierciami. A może potrzebnymi? Może to był dla nich najlepszy czas? To już chyba jednak nie jest w naszych rękach. My w przychodni zrobiliśmy wszystko co się dało by ich uratować, a resztę pozostawiamy Temu, który życie rozpoczyna i kończy.

Nigdy nie przypuszczałam, że to możliwe – a jednak – przeprowadzić operację z naszej malutkiej przychodni w malutkiej wioseczce Bugisi. Raz w miesiącu do naszej przychodni przyjeżdża lekarz okulista-chirurg, który najpierw konsultuje a potem kwalifikuje do operacji osoby z chorobami oczu. Najczęściej jest to zaćma. W ostatnią środę zrobiono 17 operacji – od godz. 15. do 23. Wszystko odbyło się w sterylnych warunkach, ze znieczuleniem miejscowym, więc jak na warunki półpustynne – niewiarygodny standard!

Za salę operacyjną służyła sala porodowa. Dobrze, że w tym czasie nie było porodu – 2 były na szczęście rano. Pierwszy z małymi komplikacjami, ale ostatecznie bardzo pozytywnie dał na świat kolejną Monikę. ( Ja naprawdę się o to nie proszę - kobiety same chcą nazywać moim imieniem dziewczynki)! Drugą rodzącą była kobieta, która przyszła na konsultacje do okulisty – od stycznia jest niewidoma. W trakcie oczekiwania rozpoczął się poród i potrwał bardzo krótko – kobieta rodziła już po raz 7 :) Najtrudniej było jednak po porodzie – nie potrafiła się całkowicie odnaleźć w roli niewidomej mamy, pomimo doświadczenia które miała – jedynie czego zabrakło to po wzroku. Stąd też intensywniejsza opieka po porodzie, pomoc w karmieniu i w wykonywaniu podstawowych funkcji. Niestety też zapadła diagnoza okulisty – jej wady nie da się wyleczyć –będzie niewidoma do końca życia.
Co ciekawe, po raz pierwszy w życiu przyjmowałam porody z całkowicie zachowanym pęcherzem płodowym. Zarówno Monika jak i Ismael urodzili się „w czepku” potocznie mówiąc. :)
A co nowego na oddziale? Jane, o której pisałam wcześniej, coraz częściej się uśmiecha i bawi ze mną. Oczywiście tylko przed południem, zanim zostanie jej zmieniony opatrunek. Po południu zazwyczaj na każde podejście do niej reaguje płaczem. To, co zaczęło mnie zastanawiać to czy to naprawdę było poparzenie w ogniu? Może najlepszym detektywem nie jestem, ale po sugestiach znajomej Margi, zaczęłam przyglądać się jej ranom. Ich rozległość, charakter itd. nasuwa przypuszczenia, że mogło to być niestety podpalenie. To jest bardzo mało prawdopodobne by po „wejściu w ognisko” Jane miała AŻ TAKIE rany. Upewniłam się w tym 2 dni temu – przyjęliśmy kolejną dziewczynkę poparzoną – rówieśnica Jane, Christina. Ona ma spalone uda, całą klatkę piersiową i obie rączki. Jej rany wyglądają jak po ogniu, szczególnie widać obszar po ubraniach. Tak więc bardzo mnie zastanawia sytuacja Jane, bo dziękować Bogu, jej rany goją się ostatnio bardzo dobrze, ale co będzie dalej… ?
W niedziele po obiedzie pojechałam z ks. Jasiem do Mwanzy by odebrać wizytację z polskiego MSZ, która przyjechała do Tanzanii na kontrolę mojego i Joli projektu. Gdy dojeżdżaliśmy do Mwanzy wkoło wszystko było już zielone – przeżyłam duży szok, bo od 2 miesięcy nie widziałam zielonej bujnej roślinności i trawy :) W poniedziałek wracamy do Bugisi i pokazujemy naszym gościom moje i Joli miejsca pracy. Joli projekt był 2krotnie finansowany przez program Wolontariat Pomoc Polska MSZ.
Wieczorem podczas wspólnej kolacji wezwanie do porodu – do naszego domu przyszedł stróż z przychodni. Oczywiście komunikacja tylko w j. swahili więc łopatologicznie pytam: „Uchungu?” ( co znaczy poród, bóle porodowe). Odpowiedź brzmi „Ndiyo, mzungu!” ( Tak, biały człowieku!) :)
Zakładam uniform i idę!

niedziela, 24 października 2010

Ostry dyżur 2.

W piątek wybrałam się z jedną z pielęgniarek na out-reach, czyli taka klinika dojazdowa. Wioska Bukumbi, 3 km od Bugisi, w głąb półpustyni. Dzięki Bogu mam rower, który posiada nawet przerzutki i nie zakopuje się w piaskach. Inaczej bym chyba nie dojechała do tej wioski bo zaraz tylko jak wyruszyliśmy z Bugisi skończyła się utwardzona droga i zaczęła sie nieskończona przestrzeń, półpustynia po której błąkały się dzieci pasące bydło a co kilkadziesiąt metrów było małe gospodarstwo. Wielką zagadką jest dla mnie skąd ludzie w tym rejonie czerpią wodę. Rzeki w neidalekiej odległości nie ma, nie ma studni. Jedynie co to są jakieś malutkie stawiki zapełnione wod 61; w porze deszczowej, a teraz jest pora sucha więc są wyschnięte. Są jeszcze jakieś bajorka, w których jest woda, ale korzystają z niej nie tylko ludzie piorący ubrania, i czerpiący wodę do picia ale także pasą się tam wszelkie zwierzęta. Tak więc woda ma kolor brązowy i zawiera wszystkie rzadkie i pospolite okazy mikroorganizmów. Innej nie ma, więc ludzie ją piją, wpierw gotując. Do tych zbiorników wodnych schodzą się ludzie z okolicy, a okolica to nie tylko promień 1 km ale wiele więcej. Każdego dnia widzę przez okno osoby, które obładowane plastikowymi baniakami jadą rowerem po wodę. I właśnie w drodze do Bukumbi zastanawiałam się skąd oni mają wodę na takiej pustej przestrzeni.
W Bukumbi dostałyśmy z Mamą Adą (pielęgniarką, która była ze mną) całkiem niezły lokalik przeznaczony na gabinet zabiegowy. Na oko 10 metrów kwadratowych, stół z krzesłem, woda do mycia rąk i worki z ryżem, służące za poczekalnie.

Przyjęłyśmy tego dnia około 60 dzieci. Początek wizyty - ważenie, potem rozmowa, szczepienia i witaminka A, której dzieciaki nie znoszą więc podając ją do ust, muszę mówić "pipi" co znaczy "cukierek", żeby połknęły.
Ważenie dzieci - tradycyjne - dzieci wkładane są do szelek materialowych przyczepionych do wagi wiszącej zazwyczaj na drzewie. Proste i skuteczne!



Mali pacjenci i ich mamy.

W drodze powrotnej liczyłam na orientację w terenie Mamy Anny ale się przeliczyłam bo ona nie z tych terenów więc musiałyśmy popytać o drogę powrotną. Nie ma to jak zgubić się na pustyni ( no dobrze, półpustyni). Wróciłyśmy tak padnięte że nóg nie czułam. Po krótkiej sjeście wzięłysmy się z dziewczynami za gotowanie i sprzątanie bo czekaliśmy na świeckich z Mwanzy.

Siostra Cathleen, czyli moja szefowa była główną on-call w ten weekend więc po wieczornej Mszy Świętej zgarnęła mnie do kliniki bo był poród. Wpierw zachaczyłyśmy o OPD -czyli Out-Patient Dispendary bo przyszła druga ciężarna, z krwawieniem i nie czująca ruchów. Słuchawką Pinarda nie dało się wysłuchać czynności serca dziecka więc zrobiłyśmy USG. Dziecko, dzięki Bogu żyło ale ze względu na krwawienie kobieta została przetransportowana do szpitala do Shinyangi. Za chwilę przyszedł też z rodzicami młody chłopak, który na głowie miał ranę ciętą dlugości 20 cm. Jak się okazało, walczył z sąsiadem o wodę dla bydła, bili się aż sąsiad chwycił za maczętę i mu ciachnął w głowę. Na szczęście rana nie była głębka i mocno krwawiąca, ale ze względu na rozmiar wymagała zszycia. Zanim w końcu doszłam na sale porodową, gdzie pierwotnie byłyśmy wezwane okazało się że się spóźniłysmy całe 5 minut. Dziecko było szybsze niż my:)

Sobota od rana spotkanie, oprowadziłyśmy naszych gości po Bugisi, pokazałyśmy z dziewczynami nasze miejsca pracy. Wieczorem znowu wezwanie do porodu - tym razem zdążyłam, na świecie pojawił się kolejny chłopczyk:) Niestety dziś już wykryliśmy u niego malarię więc musi zostać parę dni na leczenie.

Chciałabym opowiedzieć swoim koleżankom położnym o naturalnych porodach w wersji tanzanijskiej ale może zostawię ten temat na grudniowe spotkanie na WUMie :) W każdym bądź razie dziewczyny, natura to jest natura, szczególnie tutaj, w życiu nie widziałam mniej inwazyjnego porodu :) No prócz własnego, ale z niego to niewiele pamiętam:)

czwartek, 21 października 2010

Mtoto yuko wapi? Gdzie jest dziecko?

Tumshukuru Mungu! Dziś spadł deszcz! Może to nie była ulewa, jakich doświadczałam w Togo ale trzeba sie cieszyć z tego co spadło:) Od razu zrobiło sie tak przyjemniej, bardziej rzeźko :) Wczoraj w klinice jakby z wyczucia, chłopaki czyscili dach i rynny by spadający deszcz mógł bez zanieczyszczeń wlecieć do tanku. Mam nadzieję, że to nie była anomalia tylko rzeczywiście początek pory deszczowej:)

Wtorek była klinika dla noworodków. Ważyłam i szczepiłam i liczyłam w dziesiątkach małych pacjentów. Na jednej z kart przeczytałam imię mamy i dziecka i wydawało mi sie znajome - Miriam i Monika - TAK! Przecież to ta dziewczynka, którą tydzień temu przyjmowałam na świat i mama Miriam dała jej na imię Monika. Nie mogłam sie powstrzymać i zrobiłam jej sesje zdjęciową - prawda że jest śliczna :) ??


















Dziś na oddziale rano zaskoczyła mnie Jane - przed obchodem przyszłam się z nią przywitać. I tak jak zawsze zaczynała płakać i tulić się do babci tak dziś złapała mnie swoją malutką rączką na palce i tak mocno trzymała. Chyba mnie zaczęła lubić :) Chcę, by jak najszybciej wyzdrowiała ale z drugiej strony będę za nia tęsknić jak wyjdzie do domu. nie jest z Bugisi, więc już jej chyba nie spotkam.
Jane z Babcią

Dziś też najfajniejszy dla mnie dzień w tygodniu, czyli Antenatal Clinic. Znowu robiłam cały dzień USG, tym razem z s.Monicą z Nigerii. Ma świetne doświadczenie i bardzo dużo mogłam sie dziś od niej nauczyć. Prócz teego jest dobrym negocjatorem - przyszła taka pacjentka 30 letnia, która myślała, że jest w ciąży. Ma 30 lat - jeszcze nigdy nie była w ciąży, a to w lokalnej społęczności jest bardzo dziwne, bo większość kobiet w jej wielku ma kilkoro dzieci już. Jak jej zakomunikowałyśmy, że niestety nie jest w ciąży to zawołała swojego męża. Na początku myślałam, że to jej tata - Pan miał już ok 60 lat i nie wierzył, że jego żona nie jest w ciąży. Mówił, że jego pierwsza żona ma z nim 2 dzieci więc coś jest nie tak. Kazał nam dokładnie ją "przebadać", bo wg niego dziecko się rusza po całym ciele mamy. Więc co 2 mądre Moniki zrobiły? Wysmarowały biedną pacjentkę żelem od szyji do bioder i centymetr po centymetrze przesuwałyśmy głowicą USG po ciele kobiety :):):) Cokolwiek "konretnego" się pokazało na ekranie to dziadzio mówił "Mtoto" czyli dziecko. I tak regował na nerki, wątrobę, żołądek i wszystko inne. Nieważne, że to dziecka nie przypominało. W końcu przyjął do wiadomości, że jego żona nie jest w ciąży i udali się do naszej Mgangi - felczerki, na konsultację. Inna kobieta, 39 letnia przyszła z brzuchem odpowiadającym ok 7 miesiąca ciąży, zresztą sama tak określiła swój wiek ciąży. Robimy USG a tu ani śladu dziecka. Byłyśmy z s.Moniką w wielkim szoku, bo kobieta miała wszelkie objawy ciąży. Skierowałyśmy ją na szczegółowe badania bo skądś ten brzuch 7-miesięczny musiał się wziaść. No a może to jest ciąża urojona ????

Skończyłyśmy dziś dosyć późno, w sumie było podobnie jak tydzień temu - 60 USG więc sjesta popołudniowa była konieczna.
Jutro zaczynamy spotkanie Misjonarzy Świeckich SMA z Tanzanii - wszyscy przyjeżdżają do nas do Bugisi i zostają tu do niedzieli a więc czeka nas bardzo przyjemny, relaksujący i międzykulturowy weekend :):):):)
A więc, do usłyszenia po weekendzie! :):):):)

niedziela, 17 października 2010

Habari za Jumapili?

Z każdym kolejnym wpisem zastanawiam się coraz bardziej co mogę napisać by Was zainteresować. Nie wynika to z braku ciekawych sytuacji w moim życiu misyjnym w Bugisi ale raczej z tego, że wszystko to co na początku było nowością, teraz jest już „chlebem powszednim” i nie zwracam już na wiele rzeczy uwagi.
Dziś mam ochotę Wam opowiedzieć o czymś wyjątkowym tutaj, wyjątkowym dla nas – przyjezdnych. System powitań wśród tubylców nadawałby się do rozłożenia na czynniki pierwsze bo jest tak bogaty. Zacznę od wyrażenia, które najpiękniej oddaje szacunek dla osoby, do której się zwracamy. Shikamoo! – oznaczające dosłownie ”Padam do Twych stóp”, choć niektórzy tłumaczą to jako „Całuję Twoje stopy” . Odpowiedź brzmi „Marahaba” – „Nie za wiele razy”. W plemieniu Sukuma zwrot ten używany jest bardzo często. Tak mówi młodszy do starszego, tak mówi dziecko do rodzica, tak mówi parafianin do Proboszcza, tak mówi pacjent do personelu medycznego i tak mówi się zawsze tam gdzie ktoś po prostu chce okazać szacunek danej osobie. Ja staram się używać tego wyrażenia bardzo często, w większości dlatego by być pierwszą. Krępuje mnie bardzo, gdy ktoś szczególnie starszy, albo ważniejszy rangą w danym miejscu mówi mi „Shikamoo”, tylko dlatego że jestem biała. W związku z tym by uniknąć tego skrępowania jako pierwsza się witam tymi słowami i zawsze dostaję w zamian wielki uśmiech i „Marahaba”. Witając się z dziećmi często spotykam się z tym, że czekają aż pierwsza zagadam do nich. Gdy się przywitam jako ta pierwsza mówiąc na przykład „Hujambo”(Jak leci?), to jest to rozumiane w lokalnej kulturze jako pozwolenie na przywitanie się dziecka ze starszym a wręcz zachęta do tego. W odpowiedzi dostaję zawsze szybkie Sijambo ( W porządku!) a potem zaakcentowane Shikamoo.

I chociaż „wpadki” na powitanie mi się zdarzają to się nie zrażam i lubię się witać – zresztą tutaj nie można tego nie lubić, tutaj trzeba to robić, jest to tak naturalnie wpisane w życie ludzi, że aż wręcz nieuniknione dla nas „przyjezdnych”. I nie myślcie że, na Shikamoo powitanie się kończy – to dopiero początek. Po nim następuje cała seria pytań „Habari za…” . W miejsce kropek wstawia się odpowiednie słowa, na przykład mama, tata, siostra, brat, dom, dziecko, praca, szkoła, podróż, odpoczynek, ranek, popołudnie, wieczór, noc i wiele innych. Pytanie to oznacza po prostu „Jak żyjesz/Jak żyje …” na przykład Twoje dziecko, albo „ Jak twoja praca”, „Jak Twoja Podróż”. Odpowiedź w 99,9% przypadku jest jedna – „Nzuri” czyli dobrze. Raz tylko zdarzyło mi się usłyszeć co innego, a dokładniej narzekanie ale było to podczas kryzysu 7 cm (koleżanki położne będą wiedziały o co chodzi) u jednej z rodzących kobiet ostatnio. I zaskoczyła mnie ta odpowiedzią bo tu nawet jak ktoś jest zły albo smutny to odpowie „Nzuri”!
Pytanie „Habari za…” używa się w ciągu dnia wiele razy chodź podczas jednego powitania można usłyszeć pytania zarówno o dzieci, jak i za pracę i popołudnie. Czasem powitanie trwa dobrą chwilę, zanim się wszystkiego o wszystkich dowiesz  Ale jest to niesamowicie miłe i szczere więc powitania są pełne radości i serdeczności. Jedną z luźniejszych form przywitania jest „Mambo” czyli „Jak leci” – tak potocznie. Odpowiedzią jest „Poa”. Zwykle używają tego młodzi. Na koniec wszelkich powitań ale nie tylko, często się mówi „Karibu sana” – czyli takie „Zapraszam”. Karibu się używa nie tylko by zaprosić kogoś do siebie do domu, ale nawet jak wchodzi się na oddział w naszej klinice to się słyszy „Karibu”. Pozdrowień tutaj nie ma końca, można ich wymieniać jeszcze więcej. Najlepiej jest się po prostu nauczyć konkretnych odpowiedzi do konkretnych pytań – często w mieście spotykam się że „sprawdzają mnie” wieloma różnymi pozdrowieniami. Jeśli moje odpowiedzi pasują do pozdrowienia to wywołuje to radość u pozdrawiających bo widzą że znam ten system pozdrowień a nie, że tylko umiem odpowiedzieć NZURI na wszystko co mnie zapytają.
A co u mnie nowego przez ten tydzień się wydarzyło? Dużo rzeczy! Już na dobre wtopiłam się w życie naszej przychodni. Przychodnia to w sumie mało powiedziane, ale wg prawa tanzanijskiego mamy statut przychodni. Pomimo tego, że mamy salę porodową na 2 łóżka, oddział położniczy na 5 łóżek, oddział dziecięcy na 8 łóżek, oddział dla mężczyzn -5 łóżek i oddział dla kobiet 9 łóżek, prócz tego laboratorium, aptekę i opiekę ambulatoryjną 24h, to wciąż jest przychodnia zdrowia! Każdego dnia dużo się dzieje, dużo nowych przyjęć i wypisów. Najbardziej zaludniony jest oddział dziecięcy. Tak więc moja praca nie polega tylko na opiece okołoporodowej. W sumie stwierdziłam, że to taka interna +położnictwo.

W środę około południa przyjęliśmy na oddział (jak to poważnie brzmi, a w sumie polegało to tylko na udostępnieniu łóżka) 2 kobiety rodzące – jedna pierworódka, a druga 3-ródka, w 1 okresach porodu, ale jeszcze na takim etapie chodzącym, śmiejącym się. Gdy wybiła 13 poszłam do domu i się zdążyłam przebrać gdy zadzwonił telefon bym przyszła do porodu. Szybki poród, chłop jak dzwon, 3250g. Skończyłyśmy z Yunice (jedna z pielęgniarek/położnych) sprzątać po tym porodzie, wypełniłyśmy dokumenty i już szłam do domu gdy zaczęli krzyczeć, że następny poród. Wróciłam się, rzeczywiście – 2 okres porodu u drugiej kobiety. Tym razem dziewczyna, 3100g i będzie się nazywać Monika, na cześć położnej która ją witała na świecie :) Najlepsze w tym wszystkim jest to, że „przeć” w języku suahili oznacza Sukuma – dokładnie tak jak nazwa plemienia, które tu żyję. I tak jak w Polsce mówi się kobietom „Przyj, mama!” Tak tu się mówi „Sukuma, mama!” .

I tu specjalne podziękowania dla Oli Sumińskiej, która jest autorką nazwy mojego bloga – Oluś, powiedz mi, skąd ty to wiedziałaś? Dochodzi kolejne rozwinięcie tej nazwy – już nie tylko „Położna w świecie”, „Położna w świecie kobiet”, „Położna w świecie kobiet Sukuma” ale teraz jeszcze „Położna w świecie kobiet prących”! Uściski serdeczne dla Ciebie i pozdrowienia od naszej trójki!
Gdy w środę w końcu wróciłam po porodach do domu okazało się, że mam jechać z s. Cathleen, dyrektorką Przychodni, czyli moją szefową  do wioski trędowatych niedaleko nas. W wiosce tej mieszka ok. 20 rodzin trędowatych, kompletnie opuszczeni i zostawieni bez żadnej opieki medycznej. Był to mój pierwszy kontakt z tymi ludźmi i jedyne co „wiedziałam” to to, że się można zarazić przez dotyk. I to mnie na początku przeraziło, bo jak tu się przywitać jak oni wyciągają ręce a czasem i chcą się po prostu przywitać przytulając. Szybko zweryfikowałam swoją wiedzę, bo trądem się tak łatwo nie można zarazić jak myslałam.Gdy opatrywałyśmy rany i zakładałyśmy opatrunki to oczywiście, że używałyśmy rękawiczek – o to się nie martwcie, rękawiczki mam :) więc się nie zarażę! Jedynie, czego im jeszcze brakowało to jedzenia, bo naprawdę żyją w bardzo skromnych warunkach, bez żadnej pracy bo jak mają pracować jak chodzić już nie mogą, z rąk zostały kikuty i widzi się na jedno oko … ? Następne spotkanie z trędowatymi w przyszłym miesiącu i z chęcią do nich wrócę bo pomimo ich wielkiego cierpienia, są pełni radości i wdzięczności za nawet najmniejszą pomoc. Bo to jedyna pomoc jaką dostają od ludzi „z poza” ich małej społeczności.
Czwartek, jak co tydzień jest dniem dla ciężarnych. Ten czwartek spędziłam na robieniu USG – w sumie zrobiłam ich tego dnia prawie 60! Najgorsze było to, że u pierwszej tego dnia pacjentki wybadałam ciąże martwą – kiepski początek ale się nie zraziłam. W j. suahili nie ma nazwy Ultrasonograf – mówi się po prostu Kioo – czyli lustro – bo mogą na ekranie zobaczyć swoje dziecko. Podczazs USG sprawdzam wymiary dziecka, próbując ustalić wiek ciąży bo mamy tego nie wiedzą, sprawdzić czynność serca, stan łożyska i ewentualnie płeć ale to mi jeszcze ciężko wychodzić. Facetów jest łatwiej rozpoznać :) Staram się też pokazać rodzicom bijące serce, główkę, czasem pokazać jak dziecko kopie – mamy to bardzo lubią. Tatusiowie zresztą też, a tatusiów przychodzi coraz więcej. Największą radość zawsze mam gdy odkryję bliźniaki, które są tu dosyć często. Ewa opowiadała, że kiedyś była pacjentka na USG z 3 ciążą i gdy jej radośnie oznajmili, że bliźniaki to ze stoickim spokojem stwierdziła „ Nic nowego, 2 poprzednie ciąże też były bliźniacze” ! :)

Od kilku dni na oddziale też mamy 3 letnią Jane, która wpadła w ogień. Jest poparzona od pasa w dół. W piątek zostałam wyznaczona do zmiany jej opatrunku i przyznam szczerze - to była najgorsza medyczna rzecz jaką w życiu robiłam. Jane płakała a raczej wyła z bólu przez cały zabieg. Jej poparzenia są bardzo głębokie i każdy nawet najdelikatniejszy dotyk sprawia jej ból. A zmiana opatrunku i przemycie ran jest przecież konieczne. Na początku, gdy ściągałam jej stary opatrunek to zaczęłam jej śpiewać – trochę ją to uspokoiło, przestała płakać. Ale gdy zaczęłam przemywać rany to nie było to takie proste. Jane tak się darła, nie dziwię się – jej poparzenie było okropne. A mi się serce kroiło i nie byłam w stanie sama dokończyć tego zabiegu, dlatego poprosiłam Marię,pielęgniarkę o pomoc. Ona w przeciwieństwie do mnie poradziła sobie ze swoimi uczuciami i bez wzruszenia, bez reakcji na płacz Jane dokończyła oczyszczanie ran i założyła nowy opatrunek. Straszne jest też to, że Jane ma uraz psychiczny po tym wypadku. Do nikogo się nie odzywa, przebywa tylko z babcią na oddziale –jej mama została w domu z resztą rodzeństwa, przychodzi jednak codziennie do niej. Jane na widok kogokolwiek obcego zaczyna płakać i tuli się do babci. I nie chodzi o to, że boi się „białych” tak jak niektóre inne dzieci – ona tak reaguje na KAŻDĄ osobę ze staffu, na każdą inną osobę na Sali. Nie odzywa się nic, a każda nawet najmniejsza próba nawiązania z nią kontaktu kończy się jej wielkim płaczem. Podczas zmiany opatrunku zrobiłam jej balona z rękawiczki ale powietrze szybko zeszło. Dlatego w sobotę zaprosiłam Jolę by przyszła na oddział i napompowałyśmy i dałyśmy jej 2 kolorowe balony. Chyba jej się spodobały, bo nie płakała tak bardzo i patrzyła na nie z wielkim zainteresowaniem.

Najbardziej przykry dla mnie widok na oddziale to właśnie cierpienie dzieci – staram się trochę bardziej znieczulić na ich ciągły płacz, ciągłe wymioty, brak apetytu, katusze przy podawaniu kroplówki itd. I zaczęłam się też zastanawiać co mogłabym zrobić, by im umilić życie na oddziale, by dać im choć trochę radości i zabawy. Mamy trochę kolorowanek i kredek ale co z tego jak większość naszych małych pacjentów nie umie jeszcze się tym obsługiwać. Rozmawiałam o tym z Jolą i stwierdziłyśmy, że może fajnym rozwiązaniem była by pacynka. Tutaj pacynek raczej nie dostaniemy ale można by rozpruć jakiegoś pluszaka i jego przerobić na pacynkę. I mam do Was prośbę – może wy macie jakieś pomysły na zabawki dla takich maluszków. Zazwyczaj dzieci mają tak od paru miesięcy życia do kilku lat - i dla nich najciężej jest coś wymyślić. Jak macie jakieś pomysły to piszcie – z chęcią je wykorzystam, a może zainspirują mnie do zrobienia czegoś podobnego na sposób afrykański bo dużych możliwości tu nie mamy.
W sobotę do Bugisi przyjechali w końcu ks. Jasiu i kleryk Paweł. Przywieźli trochę polskości i prezentów za które dziękujemy! Dziękuje rodzicom za paczkę – doszła! Dziękujemy 3 Bronkom za smakołyki w paczce – dziś na deser poziomkowy kisiel smakuje nieziemsko :) Dziękujmy nieznanym ofiarodawcom za ptasie mleczko, czekolady i herbaty :) Specjalnie dla Was wszystkich – Tanzanijski zachód słońca z samiuśkiego Bugisi :) i moc uścisków i pozdrowień!

niedziela, 10 października 2010

Nowości z Bugisi

Minął miesiąc odkąd dotknęłam Tanzanii po raz pierwszy.
Ciągle jestem pod wrażeniem międzykulturowości, wśród której przebywam. I nie tylko mam na myśli tu Tanzańczyków, bo to oczywiste, ale raczej obcokrajowców których tu poznaję i wśród których żyję. A byli i są to między innymi osoby pochodzące z: Niemiec, Słowacji, Holandii, Irlandii, Włoch, Francji, Indii, Filipin, Kenii, Ghany, Nigerii. Wiem, że to niesamowity dar od Boga móc pracować wśród takich ludzi, bo mimo, że jesteśmy kompletnie inni i czasem następuje konflikt międzykulturowy to jednak takie samo serce mamy i wszyscy jesteśmy w Tanzanii z własnej nieprzymuszonej woli a wręcz chęci i miłości.

A co poza tym u mnie? Pracuję w naszej przychodni od poniedziałku do soboty, od 8 do 14 a reszta „on-call” czyli pod telefonem resztę czasu :) W ubiegły czwartek był jak zawsze „antenatal clinic” czyli taka przychodnia dla ciężarnych. Wciąż opracowuje do perfekcji słuchanie tętna dziecka słuchawką Pinarda oraz robienie USG ciężarnym. W czwartek odkryłam bliźniaki, a w piątek po raz pierwszy w życiu rozpoznałam wczesną ciąże – aż mi serce mocniej zabiło jak zobaczyłam na ekranie ruchy 14tygodniowego dziecka. Porodów nie jest tu tak dużo jak przywykłam mieć na dyżurach w warszawskich szpitalach :) ale za to mamy tu oddział dla kobiet, dzieci i mężczyzn z wszelakimi dolegliwościami. Póki co najwięcej niestety jest dzieci z niedożywieniem. W sobotę siedziałam z Unice w OPD –czyli taki punkt dla pacjentów z wiosek – większość pacjentów przychodzi z malarią, jest też trochę infekcji wszelkiego rodzaju no i niestety Kiły.
W piątek w nocy ja z Jolą urządziłyśmy polowanie na skorpiona w Joli pokoju. Śmiechu i krzyku było co nie miara, ale najważniejsze że zabity :) Zabita została też koza, oczywiście nie przez nas. Była już trochę podkarmiona i nawodniona i zaprzyjaźniona z nami. Za to planujemy z dziewczynami kupić osiołka. Wszyscy się śmieją że zamieniamy rowery i motor na osiołka.
W niedzielę od rana się chmurzyło. Wszyscy mieli nadzieję na deszcz w końcu. Czy uwierzycie, że z tych chmur nie spadła u nas ani kropla deszczu? Podobno padało w sąsiednich wioskach; u nas wciąż sucho i bardzo gorąco, mam wrażenie, że coraz bardziej… :)

Ps. Przepraszam, za swoją pobieżność, wiem że oczekujecie na więcej informacji, ale mamy ostatnio gorszy Internet no i pracy jest coraz więcej a czasu coraz mniej. Następny wpis dopiero pod koniec tygodnia bo do piątku nie mamy Internetu. Obiecuje też postarać się o więcej zdjęc moich :)

sobota, 2 października 2010

Arka Noego i burze piaskowe

Na początku wpisu chciałam podziękować wszystkim za komentarze i meile :):):):) Cieszę się, że tu czasami wchodzicie by sprawdzić jak żyje. Dzięki też za ciepłe słowa, ja także o Was pamiętam i mimo, że czasem nie odpiszę to naprawdę myślę o Was.
Tydzień zaczął się od sprzątania i w sumie na sprzątaniu się zakończył. Mamy tu zatrzęsienie mrówek chociaż Ewa i Jola mówią, że to jeszcze nic. Mrówki są b. malutkie i są wszędzie tam gdzie znajdą coś do jedzenia czyli w kuchni. Powoli przyzwyczajam się, że którąkolwiek szafkę otworzę - tam mrówki. Dziewczyny mówią, że pod koniec pory suchej zawsze dużo ich jest, tak jak much – wszyscy wychodzą ze swoich dziur w poszukiwaniu choć trochę wody. Podobno węże też wychodzą ale tych tu jeszcze nie spotkałam. Zaprzyjaźniłam się też z pająkami, które wychodzą zawsze wieczorami i pilnują mnie w nocy. Na szczęście mam moskitierę więc są w bezpiecznej odległości. Dziewczyny mówią, że nie ma sensu ich zabijać bo ich jest tu dużo – to prawda. Poza tym, że są dosyć spore, włochate to nic człowiekowi nie zrobią – nie są jadowite. Jeśli już jesteśmy w temacie zwierząt to chcę napisać o rzeczy, która mnie tu bardzo drażni – bicie zwierząt pociągowych. Jednym z bardziej powszechnych środków transportu różnych rzeczy są wozy ciągnięte przez krowy albo osiołki. Widok załadowanej ziarnem przyczepy a na niej siedzący ludzie i pastuszek bijący kijem bez umiaru swoje zmęczone zwierzęta jest straszny. Ja rozumiem, że jeśli idą ulicą to trzeba trzymać jedną stronę i potrzebują uderzenia by zeszły ze środka drogi ale walenie ich kijem albo sznurem po grzbiecie przez całą drogę jest dla mnie niezrozumiałe. Któregoś dnia w ostatnim tygodniu jak wstałam z łóżka rano to właśnie świtało. Pierwsze co to spojrzałam przez okno – mam widok na taką dróżkę polną. I co zobaczyłam? Młodego pastuszka okładającego z wielką siłą swoje osiołki, które wyczerpane ciągnęły wielki wóz. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że póki co jest to jedyna rzecz, która mnie tu bardzo denerwuje.

Przejdźmy może do milszych rzeczy – Bembo kupił kozę, która beczy całymi dniami pod naszym oknem. Lubię kozy a tej mi szczególnie szkoda bo tu wszystko jest tak suche, że sama na swoim sznurku nie wiele sobie znajdzie do jedzenia. Dlatego wczoraj na kolacje zjadłam ananasa – tylko dlatego, żeby skórki z niego dać tej biednej kozie. Do tego dołożyłam jeszcze obierki od marchewki. Ja wiem, że ona niedługo zginie śmiercią tragiczną, zostanie zjedzona ale niech się nacieszy chociaż dobrym posiłkiem w te ostatnie dni swojego życia. Muszę jej tylko jeszcze wybrać imię. Jakby ktoś miał jakiś pomysł to czekam.

W środę pojechałyśmy do Mwanzy na 2 dni, żeby zrobić zakupy do projektu. Była nas całkiem spora grupa – Ja, Jola, Julia z Niemiec, br. Michael i fr. Melki . Miałam wielką nadzieję wyspać się po drodze – w końcu to 4 godziny jazdy ale mimo, że asfalt wydawał się równy to jechało się tragicznie i o spaniu nie było mowy. Do tego moje ukochane „bumpy”, których jest tu mnóstwo. „Leżący policjanci” leżą tu bardzo często i zanim się człowiek rozpędzi to trzeba hamować bo w ostatniej chwili zauważa się asfaltowego bumpa, zwykle bez jakiegoś oznaczenia, czy koloru więc naprawdę trudno je zauważyć. Dojechaliśmy do domu w Mwanzie jak zwykle spóźnieni i w dodatku 500 metrów przed domem zgasł nam silnik i nie chciał zapalić. Trzeba było udać się po pomoc do domu więc ja, Jola i Julia wzięłyśmy swoje bagaże i we 3 WAZUNGU poszłyśmy. Nie zdążyłyśmy dojść bo chłopakom udało się odpalić samochód.
Na obiedzie w domu czekała na mnie wielka niespodzianka – spotkałam tam Dominica Wabwireh SMA, którego poznałam 4 lata temu we Francji. Obecnie pracuje w Beninie, pochodzi z Kenii a przyjechał do Tanzanii w odwiedziny. Miał przyjechać do nas do Bugisi ale jak się dowiedział, że Bugisi przyjeżdża do Mwanzy to został tam dłużej. Co za radość go widzieć ! Jak wyjeżdżaliśmy z Francji 4 lata temu to nie wierzyłam, że jeszcze się spotkamy a tu proszę – marzenia się spełniają!
Po obiedzie wielkie zakupy czyli bieganie po mieście pełnym zwariowanych kierowców, którzy mogą cały czas jeździć na włączonych światłach awaryjnych, mieście pełnym ulicznych sprzedawców gazet, telefonów i wszystkiego czego się chce, mieście pełnym niezorganizowanego zorganizowanego ruchu drogowego, gdzie się przechodzi przez ulicę tam gdzie się chcę i gdzie uśmiech do obcego człowieka na ulicy NIE jest oznaką jakiejś ułomności. Mwanza – naprawdę lubię to miasto i czuję się tam bezpiecznie, nawet gdy jestem tylko z Jolą i Julią i nie wiemy jak trafić do miejsca skąd przyszłyśmy:)
Wieczorem chciałyśmy pokazać Julii zachód słońca nad jeziorem. Zapomniałam wcześniej dodać, że słońce zachodzi tu tak szybko, że czasem nawet o kilka minut nas może wyprzedzić – tak było i tym razem. Jak weszłyśmy na ostatnie skały w Mwanzie to się okazało, że spóźniłyśmy się jakąś minutę i już nic nie było widać. Nie zostało nam już nic innego jak szybko wracać do domu bo tak samo szybko się robi ciemno a przed nami dobre 20 minut drogi. Wracałyśmy inną drogą niż przyszłyśmy a, że było już ciemno to straciłyśmy trochę orientację w terenie. Nie zostało nam nic innego jak zrobić to co bardzo lubię czyli złapać Dala Dala i wrócić wesołym mini autobusem do domu.
Czwartek od rana zakupy i załatwianie innych spraw tylko z przerwą na obiad, na który się znowu spóźniliśmy. Z opóźnieniem też wyjechaliśmy z Mwanzy więc w domu w Bugisi byłam późno. Jola została jeszcze na 2 dni – ma ferie w szkole więc może odpocząć :)

W domu czekała mnie niespodzianka – nad Bugisi przeszły w środę duże wiatry z piaskiem – jak to Ewa mówi – burze piaskowe. Wszystkie półki, wszystkie zakamarki, książki, walizki i wszystko co było na wierzchu było pokryte złotoczerwonym piaskiem. Jak się położyłam spać to czułam w swoich nozdrzach tylko piasek, którym była pokryta moja pościel i moskitiera. W piątek prowadziłam seminarium dla dziewczyn i zaraz jak od nich wróciłam to pierwsze co – wysprzątałam swój pokój. W sobotę od rana za to sprzątałam z Ewą resztę domu. Ci co mnie znają to wiedzą, że pedantką nie jestem. Dlatego wyobraźcie sobie ile piachu musiało być wszędzie, że aż mnie to zmobilizowało do generalnego posprzątania domu.
Poniżej załączam zdjęcie mojego miejsca pracy – tzn. mojego biurka. Myślę, że wielu z Was rozpozna tam znajome przedmioty :)

niedziela, 26 września 2010

Czy ja jestem Filipinką?

Czas biegnie jak szalony. Jestem w Tanzanii już od ponad 2 tygodni – czyli ponad pół miesiąca a mam być tu 3 miesiące. Czuję, że zanim się obejrzę to czas będzie wracać. Dlatego póki mogę wykorzystuję każdą chwilę by nie żałować, że czegoś nie zrobiłam, nie zobaczyłam a mogłam.
W ubiegły czwartek w naszej klinice był „antenatal clinic” czyli taka nasza poradnia dla ciężarnych. W każdy czwartek kobiety ciężarne z okolicy przychodzą na badania kontrolne – jest to zwykle waga, ciśnienie, chwyty Leopolda, obwód brzucha i słuchanie tętna. Oprócz tego jeśli chcą mogą mieć zrobione USG, które kosztuje BAGATELA! 500 szylingów tanzanijskich czyli ok. 1zł. Dodatkowo kobiety dostają leki profilaktyczne przeciwko malarii, kwas foliowy i żelazo a te, które są zarażone wirusem HIV – leki antyretrowirusowe, które mają za zadanie ochronić dziecko przed zakażeniem. Kobiet przyszło bardzo dużo, podobno jest tak co tydzień. Zapamiętałam jedną 22-letnią ciężarną, która była zarażona wirusem HIV a odmówiła wzięcia leków antyretrowirusowych, bo jak sama powiedziała, nic jej nie dolega, dobrze się czuje więc to niemożliwe, że jest zarażona.
Na sobotę dostałyśmy zaproszenie na zakończenie roku szkolnego dla Form IV – odpowiednik 3 klasy Liceum/Technikum. Tutaj trochę inny jest ten system nauczania, jeszcze nie mogę go zrozumieć, w każdym bądź razie to było Form IV, którzy za parę dni będą zdawać egzaminy a potem idą do Form V i Form VI . Impreza była z wielką pompą – trwała od 9 a skończyła ok. 17. Niektórzy z uczniów Form IV są w programie Duchowej Adopcji prowadzonej przez CChW Solidarni więc mogłyśmy z Jolą poznać ich bliskich, którzy także przyjechali nieraz z bardzo daleka by świętować sukcesy szkolne swoich pociech.


Bardzo się cieszyłam, że mogłam uczestniczyć w tej uroczystości, tym bardziej, że część osób już wcześniej mnie znało a teraz przychodziło pozdrowić mnie i porozmawiać. Spotkałyśmy też Wilfridę – którą nieraz gotuje nam w domu lokalne specjały. Wilfrida ma 22 lata, jest obecnie w 2 ciąży i rodzi w listopadzie. Powiedziała, że chciałaby bym przyjęła na świat jej drugie dziecko. Mam nadzieję, że to się uda bo bardzo polubiłam tą dziewczynę – jest naprawdę sympatyczna. Zresztą sami spójrzcie jak ciocia Monika zapoznawała się z Mtoto –czyli dzieciątkiem w brzuchu Wilfridy.

W niedziele odbyła się za to kolejna impreza – Wawato – czyli spotkanie kobiet katolickich z wielu okolicznych . Rano była 3 godzinna Msza Święta, na której było moje oficjalne zapoznanie z lokalną wspólnotą. Na ogłoszeniach parafialnych ks. Bembo zaprosił mnie do mikrofonu bym powiedziała coś o sobie. Przedstawił mnie jako Monika z Filipin i wywołał tym niezłe zamieszanie bo wszyscy myśleli, że jestem z Polski. Wszystko zaczęło się od ostatniego poniedziałku – pewien Irlandczyk spytał, czy nią jestem bo tak wyglądam. Słyszał to właśnie ks. Bembo, który sam jest Filipińczykiem i od tej pory jestem jego siostrą z Filipin. Dziś na Mszy zostałam nią oficjalnie. W sumie już wcześniej w Polsce słyszałam parę razy, że mam rysy azjatyckie – dziś to całkowicie zaakceptowałam i nie tylko jestem Polką ale i Filipinką. A co więcej zostałam też dziś ochrzczona Tanzanijką – powiedział to taki dziadzio Antoni, który usłyszał mój język suahili. Oczywiście, że dopiero zaczęłam się uczyć ale staram się go używać, witać się z ludźmi w tym języku.


Nigdy nie przypuszczałam, że powiem to w Afryce ale JAK TU ZIMNO!!! W dzień owszem, temperatura jest ogromna a słońce pali skórę ale za to nad ranem w ostatnim tygodniu było straaaasznie zimno. Wieczorem otwieram oba okna, bo zasnąć nie mogę. Pod moskitierą jest jeszcze bardziej gorąco. Za to nad ranem nakrywam się prześcieradłem, ciepłym kocem i jeszcze się trzęsę. Któregoś dnia jak wstałam to aż ubrałam dres – Jola się ze mnie śmiała. Ale pocieszam się – nie jest tak codziennie – po prostu w ostatnim tygodniu były silne wiatry, nie wiem kurka skąd – czy znad Oceanu Indyjskiego, czy z Sahary przyszły ?? ale wiem, że to one powodowały to przeraźliwe zimno nad ranem. Dzięki Bogu już się uspokoiły i znowu jest cieplutko w nocy w dzień upalnie! Ja nie wiem jak ja przeżyję powrót do Polski w środku zimy…???

środa, 22 września 2010

Bugisi kijiji (czyt. kidżidżi)

Od niedzieli wieczorem jestem w miejscu, które przez najbliższe 3 miesiące będzie moim domem czyli w Bugisi. Mieszkam razem z 2 Misjonarkami Świeckimi SMA – Ewą Łangowską i Jolą Kazak. Ewa zajmuje się całą administracją przychodni zdrowia a Jola uczy matematyki w okolicznej szkole Don Bosco. Choć Bugisi to mała wioska to naprawdę prężnie działająca. W naszym otoczeniu jest dużo zabudowań misyjnych – są budynki parafialne, kościół, jest dom w którym mieszkają siostry OLA (Our Lady of Apostoles), jest Home Craft – szkoła zawodowa dla młodych dziewczyn i jest też całe Dispensary czyli przychodnia zdrowia ale naprawdę rozbudowana. Właśnie w poniedziałek wybrałam się do przychodni na pierwsze poznanie. Jestem pod wrażeniem poziomu tej placówki bo w porównaniu z państwowymi przychodniami to jest tutaj naprawdę super. Ta placówka nie jest państwowa – jest prowadzona właśnie przez siostry OLA. W przychodni tej znajduje się nie tylko „mój” oddział czyli s. porodowa i oddział położniczy ale także oddziały „ogólne”, osobny pokój dla kobiet, osobny dla dzieci i osobny dla mężczyzn. Jest też taka powiedzmy „izba przyjęć” gdzie przychodzą pacjenci z różnymi dolegliwościami i potem też jeśli tego wymaga sytuacja – są kładzieni na oddział. Jest także mała sala zabiegowa gdzie oprócz prostych zabiegów ginekologiczno-położniczych są tez przeprowadzane zabiegi obrzezania mężczyzn. Mężczyźni sami decydują się na obrzezanie, bo ja twierdzą po1. jest to bardziej higieniczne a po 2. Działania ochronne przeciw HIV/AIDS ( w to akurat wątpię). W przychodni funkcjonuje też taka poradnia dla zarażonych wirusem HIV/AIDS – pacjenci zarejestrowani jako zarażeni przychodzą tu na kontrolne wizyty i po odbiór leków.

W poniedziałek po południu wybrałam się z Ewą i s.Casi na lokalny targ , który odbywa się tu w każdy poniedziałek. A na targu – mydło i powidło czyli wszystko czego człowiek zapragnie łącznie z walizkami wszelkiego rozmiaru. Wracając z zakupów spotkałyśmy Julie – wolontariuszkę z Niemiec, moją rówieśniczkę która przez najbliższy rok będzie pracować w prowadzonym przez Siostry ze zgromadzenia Notre Dame domu dla młodych dziewczyn.
Wieczorem mieliśmy niespodziewanych gości – jednego księdza SMA z Irlandii i 2 mężczyzn ze Stanów Zjednoczonych. Przyjechali na nijako „inspekcje” bo kilka dobrych lat temu między innymi dzięki nim Bugisi rozwinęło się mocno.
We wtorek udałam się z Jolą do jej szkoły – zobaczyć jej miejsce pracy. Jest to szkoła salezjańska w której uczy się obecnie kilkaset uczniów. Jest to odpowiednik naszego gimnazjum i liceum. Niektórzy uczniowie mają obecnie tydzień egzaminów – 2 egzaminy dziennie, każdy z innego przedmiotu. Poznałam też część nauczycieli, którzy mnie bardzo ciepło przyjęli a jedna z nauczycielek będzie uczyć mnie języka suahili. Zaczynamy od dziś czyli środy – codziennie 1,5 godziny.
Egzaminy w szkole
Co do samych terenów – jest tu bardzo sucho, niektórzy nazywają te rejony półpustynią i rzeczywiście coś w tym jest. Wkoło żółto, w ciągu dnia słońce pali niemiłosiernie a wody jest nie za wiele. Z oszczędności wody postanowiłam myć głowę co 2 dzień. I naprawdę nie tylko na tym z dziewczynami oszczędzamy wodę ale na wielu rzeczach. Do końca pory suchej nie powinno nam zabraknąć ale w sumie nie jest pewne kiedy zacznie się pora deszczowa. Mówi się, że około połowy listopada. Wczoraj wieczorem spadło dosłownie kilka kropelek deszczu – chyba jakaś mała anomalia.

Afryka uczy mnie pokory i doceniania tego co mam – bo mam dużo a niektórzy wokół mnie mają naprawdę niewiele. Ja mam co jeść, co pić, gdzie spać. Dla niektórych nawet jutro jest niepewne.

sobota, 18 września 2010

Kuku na wali kila siku!

Czwartek w Itimbii zaczynamy Mszą Świętą o godzinie 7.00 Słońce dopiero wstaje więc jest jeszcze rześko i przyjemnie. Jedziemy najpierw do Ushirombo a potem Masumbe gdzie zostajemy na noc. W Masumbwe jest tak gorąco że po popołudniowej sjeście budzę się cała mokra. Przed kolacją poszliśmy odwiedzić katechistę z rodzinką. Akurat mieli gości więc podwórko było pełne dzieci. Jeden taki brzdąc, na oko 2-letni po przywitaniu podszedł do mojej nogi i zaczął ją głaskać i przyglądać się białemu kolorowi skóry. Jedna z kobiet, a w sumie to z dziewczyn bo miała jakieś 17 lat trzymała na rękach około roczną córeczkę, ale widać było że ma ona lekkie porażenie mózgowe – miała bardzo słabe napięcie mięśniowe. Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Okazało się, że dziewczynka urodziła się z ciąży bliźniaczej, poród odbył się drogami natury a drugie dziecko jest całkowicie zdrowe. Wyjaśniłam jej możliwe przyczyny porażenia ale jednocześnie powiedzieliśmy z o. Tomkiem, że dziewczynka wcale nie musi być także upośledzona umysłowo – póki co rozwija się dobrze – jedyny problem to upośledzenie ruchowe, więc zachęcamy do rehabilitacji, jeśli jest tu w okolicy dostępna. Jedyne co mnie tu jeszcze szokuje to często bardzo młody wiek mamy ale chyba muszę się przyzwyczaić bo moimi pacjentkami w Bugisi będzie dużo młodych dziewczyn.

Mam jeszcze problem z robieniem zdjęć – tzn. krępuję się jeszcze wyciągać w gościach aparat i robić zdjęcia – mam wrażenie, że pomyślą że jestem kolejną turystką, która przyjechała robić zdjęcia - a tego nie chcę. I właśnie jak szliśmy do domu tego katechisty to nie wzięłam aparatu. Za to jak tam siedzieliśmy to jedna z kobiet wyciągnęła aparat i poprosiła o zdjęcie z nami, potem kolejna z kobiet zrobiła to samo. Hm, chyba już moje opory do robienia zdjęć topnieją 

W piątek akurat ks. Tomasz miał Mszę Świętą w jednej z wiosek. Pojechaliśmy tam przed południem. Najpierw zaproszono nas na herbatkę i ciabatę (tutejsza tortilla) jak widać na zdjęciu. Dobrze, że to była gorąca herbata bo przynajmniej miałam pewność, że wszystkie mikroprzyjaciele w wodzie zginęły podczas gotowania– bo woda z początku miała kolor brązowy  Po lekkim posiłku udaliśmy się do kaplicy. W koło mnóstwo dzieci w wieku szkolnym (obok była szkoła) i mamy z małymi dziećmi. Po Mszy Świętej zaproszono nas na obiad do tej samej rodzinki co wcześniej – rodzinki nauczyciela z pobliskiej szkoły. Jego żona jest w ciąży, co drogie koleżanki położne ( i nie tylko) możecie zobaczyć na zdjęciu :)

A na obiad to co jem codziennie od kilku dni – ryż i kurczak z sosem pomidorowym. I tu uwaga do Grzesia – podając kolejne ptasie mleczko przed wyjazdem mówiłeś –„Jedz, w Tanzanii Ci zleci” – tak, jak będę mieć codziennie kurczak z ryżem na obiad a czasami i dodatkowo na kolację to na pewno zleci :)
A i jeszcze uwaga do mamy – jak wrócę w grudniu to proszę o coś innego na obiad niż kurczak bo może po 3 miesiącach już mi się znudzi :)
Dla odmiany w piątek na kolację ugotowaliśmy rosół z kury – ale z torebki więc chyba to kury nie widziało na oczy – za to taki rosołek z makaronem – MALINA!

Właśnie się nauczyłam jeździć na motorze - nauczyłam to może za dużo powiedziane ale najgorsze czyli ruszanie już umiem. Wielki ten motor, ale dosięgam do ziemi nogami :) A no i jeszcze dzieciaki w okolicy uciekają jak mnie widzą na motorze - więc chyba jeszcze muszę się trochę poduczyć :)

A w niedziele ostatni mój przystanek czyli BUGISI :) Nie wiem jak tam będzie z Internetem więc proszę o wyrozumiałość.
Aha, minęło mi tydzień w Tanzanii – mam wrażenie jakby było więcej tych dni ale to chyba dlatego, że tak wiele tu nowości. W sumie złapałam się na tym, że tych informacji nowych jest tu tak dużo, że ciężko mi to wszystko zapamiętać. Do tego dochodzi nauka j. suahili, który może jest i jasny ale to ciężko mi zapamiętać te „egzotyczne” słówka.

środa, 15 września 2010

Sukumaland

Weekend się skończył więc czas wreszcie wybrać się na zakupy. W poniedziałek rano oddaliśmy samochód o. Tomka do warsztatu – naprawa miała potrwać ze 3 godziny więc poszliśmy na miasto. Pierwsze co zaliczyliśmy to bank. Czekała tam na mnie miła niespodzianka – klienci banku częstowani są kawą lub herbatą, które pracownica banku przynosi na tacy o średnicy metra. Kto chce – to pije w trakcie czekania na swoją kolejkę do okienka.
Kupiłam tez już kartę z numerem tanzanijskim (jeśli ktoś chce mój numer to proszę o meila - jest o wiele taniej niż na mój Orange-owski numer) .
Po zakupach wróciliśmy do mechanika, jednak okazało się, że jeszcze jedna rzecz jest popsuta więc samochód zostaje tam do wieczora. Ku mojej wielkiej radości, ks. Tomek oznajmił mi, że w takim razie wracamy do domu dala dala (pisałam o nich wczoraj). Naprawdę bardzo się ucieszyłam bo to było moje skryte marzenie od dawna :) A więc wystarczyło tylko znaleźć dobry busik – mieszkamy w dzielnicy Bwiru, ale że trasy busików sa przeróżne więc musieliśmy znaleźć odpowiedni. Pytamy, JEST – udało się. Są jeszcze 2 miejsca wolne, więc się mieścimy. Jak się okazało – kolejne 3 osoby, które weszły też się zmieściły  Siadam z tyłu, przy wielkim otwartym oknie – aby się zmieścić część mnie, lewa strona od pasa w górę musi wystawać za oknem. Buzia mi się cieszy, bo sytuacja jest dosyć śmieszna – ja w połowie na zewnątrz, w głośnikach gra muzyka na full a w 12 osobowym busie jedzie nas 20. W każdym dala dala jedzie Pan Skarbnik, który pobiera opłaty. Nasz Pan Skarbnik ma na sobie 2 pary długich spodni – gdy wychodził na jednym z przystanków jedne mu zsunęły się do kolan – nie poprawił, dalej tak chodził. Dobrze, że drugie zakrywały to co trzeba. Co chwile musiałam uważać na „leżących policjantów” których tu niemało a kierowcy dala dala niespecjalnie przy nich zwalniają więc można się trochę poobijać.
DALA DALA w Mwanzie

We wtorek słońce piekło niemiłosiernie już od samego poranka. Bogatsza o wczorajsze doświadczenie upału w mieście, założyłam okrycie na głowę – jest dobre 35’ , bezchmurne niebo i delikatny wiaterek ochładza ciało. To o wiele przyjemniejsze niż te ulewy i zimno w Polsce, które mnie żegnały. Domyślam się, że w grudniu też nie przywita mnie upał.
Wracając z miasta wstąpiliśmy do Suzette – także Misjonarki Świeckiej SMA ale z prowincji USA, chociaż Suzette tak naprawdę pochodzi z Trynidadu i Tobago. Bardzo sympatyczna dziewczyna. W Mwanzie pracuje od roku w przedszkolu dla dzieci zarażonych wirusem HIV. Część z nich już ma objawy AIDS. Dzieci jest 20 kilka. Mają normalne zajęcia i zabawy oraz są dodatkowo otoczone opieką medyczną. O tym , że dzieci mają HIV pamiętałam tylko przy wejściu. Wiadomo, że w kontakcie z osobami z HIV trzeba zachować szczególną ostrożność ale tym chyba co najbardziej im potrzeba to opieka i miłość bezinteresowna. Separacja czy odrzucenie na pewno im nie ułatwi życia – krótkiego i ciężkiego ale zawsze ŻYCIA.

W środę ruszyliśmy do Itimbii – kolejny przystanek na drodze do Bugisi. Itimbya to misja, gdzie pracuje ks. Tomasz – położona ok. 190 km od Mwanzy - drogą na skróty czyli trzeba trochę płynąć promem przez jezioro – tak też zrobiliśmy.
Przystań dla promu

Po zjechaniu z promu czekało nas 3,5h jazdy przez wioski. Domki porozrzucane na wiele (kilo)metrów kwadratowych świadczyły o tym, że to jest wioska. Co chwila na drogę wychodziły stada krów wraz z pasterzami. Plemię Sukuma, które zamieszkuje te tereny zajmuje się przede wszystkim hodowlą bydła – ich stada często liczą kilkadziesiąt krów. Do tego dochodzi spora ilość małych kózek a czasem i baranków.
Jakby ktoś się wybierał w te rejony małym samochodem osobowym to nie polecam – gwarantuje, że się przejechać nie da. Po drodze można spotkać wiele pułapek, mostów, dziur, które na pewno was zatrzymają. Po 3 godzinach naszej drogi kręgosłup dał się we znaki wytrzęsiony na dziurach i uskokach. Dlatego po dojechaniu do Misji w Itimbii zrobiłam sobie drzemkę. Teraz jesteśmy po kolacji o próbuje dostać się do Internetu :) Jesteśmy daleko od miasta więc mam problem z zasięgiem w komórce.


Ps. Wiem, że dziś moje drogie koleżanki położne miały egzamin na studia magisterskie – pamiętałam o Was i wierzę, że wszystkie dostaniecie się! Pozdrawiam Was serdecznie! Tutaonana! (Do zobaczenia w j.swahili)

Ps2. A za oknem cykanie cykad, śpiew ptaków, szelest suchych traw i drzew i niekończąca się przestrzeń ... czyli Afryka w pełnej okrasie. Chcę Wam to wszystko przekazać, pokazać, zarazić Was Afryką...

niedziela, 12 września 2010

Karibu Tanzania!


Po 14h lotu, 4 startach i 4 lądowaniach – JESTEM W TANZANI. Pierwsza noc w stolicy, Dar es Salaam była spokojna. Jestem zaskoczona po 1: małą ilością jaszczurek, po 2: ciepło/zimnymi nocami, po 3: swoją szybką aklimatyzacją  Powiem szczerze – czuję się tu bardzo dobrze. W nocy musiałam stoczyć bój o pierwszeństwo w moim pokoju z takim jednym insektem – nawet nie wiem co to było, ale było duże, z długimi czułkami i zasuwało po całym pokoju. „Delikatnie” go wyprosiłam i jako, że nie wierzę w życie pozagrobowe zwierząt, jestem pewna , że już nie wróci.

W sobotnie południe dotarliśmy do Mwanzy, nad j. Wiktoria. Jest to dosyć spore miasto, zamieszkiwane głównie przez plemię Sukuma. Jednym z głównych środków transportu jest tu dala dala czyli taki mały busik, pędzący ulicami z prędkością światła. Każda dala dala jest kolorowa a na tyle samochodu znajduje się jakieś przesłanie, sentencja, myśl. Zwykle mają one związek z wiarą, np. „Rzeczą wielką jest wiara”, „Bóg jest wspaniały”, „Zdrowaś Maryjo”, „To jest Boga, a nie białego”, „Allah”. Drugi rodzaj malowideł odnosi się do piłki nożnej. W Mwanzie dużym zainteresowaniem cieszy się liga angielska więc można spotkać dala dala w kolorach i z herbem Manchesteru United, Liverpoolu itd. Zresztą nie tylko samochody zdobi się w barwy klubowe, ale także budynki:

W Mwanzie mieszkamy na placówce regionalnej SMA, więc jestem pośród swoich. W sobotnie popołudnie udałam się z o. Tomkiem na „mały” spacer wokół zatoki jeziora. Spacer trwał prawie 3 godziny, za to dostarczył mi bardzo dużo ciekawych informacji i widoków. Po raz pierwszy spotkałam także Masajów. Mwanza to nie jest region, który zamieszkują ale wielu Masajów przyjeżdża tu szukać pracy. Zazwyczaj ją znajdują, ponieważ dzięki swojej wrodzonej czujności i uwadze, uważani są tutaj za najlepszych stróżów.

Niedziela w Mwanzie rozpoczęła się Mszą Świętą w pobliskiej szkole. Za kaplicę służyły 2 klasy połączone tylko jednymi małymi drzwiami. Msza Święta była taka jak na Afrykę przystało – czyli z mnóstwem rytmicznych pieśni, przy których biodra same zaczynają się kołysać. Było więc radośnie i z tradycyjnymi instrumentami, dzięki Bogu. Mówię tak dlatego, bo w wielu kościołach w Tanzanii odchodzi się od lokalnych instrumentów a wprowadza się, na wzór europejski, organy, gitarę czy nawet perkusję. Efekt nie jest najlepszy, ale chyba gorsze jest to, że zatraca się własne korzenie. Dziś były bębny, grzechotki i tamburyno zrobione z kapsli po coca coli, więc efekt był po prostu ŚWIETNY!

Pozdrawiam wszystkich, szczególnie tych co się martwią - nie macie o co się martwić bo jest wspaniale i tak samo się tu czuję !!! :):):):):):)