sobota, 26 marca 2011

Masajowo

Świadomość że już minął cały miesiąc od ostatniego wpisu na blogu oraz naciski znajomych zmobilizowały mnie do zrobienia nowego wpisu:) Tylko ja tu teraz streścić to wszystko co się wydarzyło, co było mi dane zobaczyć, usłyszeć, doświadczyć, w kilku zdaniach?

Tak się złożyło, że było mi dane ostatnio dużo podróżować choć bynajmniej nie w celach turystycznych:) Tydzień na przełomie lutego i marca był tygodniem wagarów. Najpierw musiałam pozałatwiać różne dokumenty w Bugisi więc wybrałam się tam autobusem – w sumie ok. 7h drogi z przesiadką w Shinyandze, na szczęście beż żadnych przygód. Nie licząc tego że pod koniec podróży straciłam cierpliwość kiedy godzinę jeździliśmy dala dala po Shinyandze szukając pasażerów bo nie możemy jechać dopóki dala dala nie będzie PEŁNA! I jeździliśmy prawie godzinę pomimo że jak wsiadałam to kierowca powiedział że już startujemy. Po prawie godzinie zdesperowana biegnącym czasem i opóźnieniem „poprosiłam” o zwrot pieniędzy (była to prośba ale moją desperacje i wściekłość mógł kierowca wyczytać z twarzy:) ) i wysiadkę. To go ruszyło bo po 2 minutach byliśmy już w drodze do Bugisi. Jak to wspaniale wrócić do swojego drugiego domu!! Choć tylko na chwilę ale jaka radość z zobaczenia znajomych, przyjaciół, znajomych miejsc. Obeszłam w sobotę domy wszystkich znajomych, przyjaciół i żałowałam, że już jutro wyjeżdżam. Ale wracam, już wkrótce wracam!!!!! I się doczekać nie mogę:) Bugisi w porze deszczowej jest przepiękne, choć zieleni wkoło nie jest za dużo-w końcu półpustynia. Następne dni spędziłam w Mwanzie gdzie odbyło się oficjalne zgromadzenie wszystkich członków SMA regionu Tanzania. Więc było debatowanie, praca w grupach, ustalanie priorytetów na dalszą pracę misyjną. Udało mi się też wtedy pojechać do jedynego fryzjera w Mwanzie, który „umie” obcinać włosy „białych” osób. I nie chodzi raczej o talent do obcinania a po prostu o to inny rodzaj włosów. W każdym bądź razie nadszedł czas na ścięcie dreadów i po raz pierwszy w życiu (poza narodzinami) nosić krótkie włosy. I czuję się w nich bardzo komfortowo a ponadto są oszczędne w tych warunkach: mało wody, mało szamponu, szybko schną, nie jest w nich gorąco no i no nie trzeba się martwić jak je ułożyć i spiąć.



Następnie wróciłam do szkoły na tydzień, podczas którego więcej nadrabiałam to co opuściłam przez ostatni tydzień. Minęło strasznie szybko a w piątek zaczynaliśmy już przerwę semestralną. Ja postanowiłam spędzić ten czas w Arushy, na Parafii SMA Moita Bwawani. Jest to dosyć daleko od miejsca w którym obecnie przebywam. Były 3 opcje dojazdu: 1. autobusem drogą przez 2 Parki Narodowe ( ze względu na parki-płaci się też bilety wstępu więc w sumie wychodzi ok. 250$ i droga trwa ładnych kilka godzin), 2.opcja to także autobusem ale ze względu na kondycję tej drogi, autobusów na tej trasie, częstość wypadków – nie mogłam nią jechać – tym bardziej, że byłam sama a podróż trwałaby ok. 14 godzin (bez żadnych niespodzianek). 3 opcja – godzina lotu samolotem- co wychodzi taniej niż autobusem przez parki narodowe ( paradoks?) .

Ja wybrałam tą ostatnią opcję więc wpierw musiałam się dostać do Mwanzy w piątek popołudniem. Pojechaliśmy we trójkę – Ja, Krystina z USA oraz Stefano z Włoch. Dojechaliśmy na dworzec autobusowy w Musomie w ostatniej chwili i okazało się że są ostatnie 3 miejsca wolne na końcu autobusu. Potem się okazało, że w sumie dosiadły się do nas kolejne 3 osoby więc siedzieliśmy ściśnięci jak banany ( chyba się nie używa określenia jak banany jak ktoś jest ściśnięty ale ja to pożyczam zawsze z j.suahili bo ściśnięcie tłumaczy się na „tunabanana”. Pod nogami gdakały kury sąsiadów a te które się nie zmieściły lądowały w luku bagażowym. Już po pierwszych kilometrach zorientowaliśmy się że kierowcę chyba trochę ponosi fantazja bo nie hamował na tzw.bumpach czyli po prostu leżących policjantach, których na tanzanijskich ulicach pełno. Stworzone są po to by właśnie tacy idioci jak nasz kierowca nie pędzili z zawrotną szybkością przez wioski i miasteczka gdzie na ulicach bawią się dzieci a stada, po co najmniej 100 krów, przechodzą co chwila przez jezdnię. Jak widać – na takich idiotów nie ma mocnych. Wracając do bumpów, powinny się raczej nazywać „jumpy” (jump – ang. skakać) bo autobus i wszystko w nim skakało. Szczególnie my – na ostatnim siedzeniu. Na nic zdały się narzekania ludzi by zaczął zwalniać na bumpach. Na jednym z nich wyskoczyliśmy w górę i spadając na siedzenie rozcięłam sobie łokieć o blaszaną ramę otwartego okna. Na szczęście jako położna mam ze sobą zestaw opatrunkowy więc tą na pozór niegroźną a jak się potem okazało głęboką ranę udało się zaopatrzyć i zatrzymać krwawienie . W polskich warunkach może bym pojechała na zszycie ale tu o tym nawet nie myślę. O bólu nie wspomnę, bo jeszcze teraz po 2 tygodniach nie mogę siedząc opierać się na tym łokciu. Odetchnęłam z ulgą kiedy znaleźliśmy się w Mwanzie. Nie wiedziałam jednak, że to dopiero początek moich przygód w podróżowaniu. Noc spędziłam w naszym domu w Mwanzie a w sobotę leciałam zgodnie z planem do Arushy. Podczas lotu wszystko było w porządku dopóki nie zbliżaliśmy się do Arushy. W okolicach góry Meru weszliśmy w takie turbulencję, które sprawiły że przestałam lubić to „bujanie się” w samolocie. Dobrze, że trzymały mnie pasy bo w kilkakrotnie wszyscy wyskoczyli do góry i gdyby nie one to oprócz łokcia miałabym jeszcze rozbitą głowę. Następne atrakcje nie były tak ekscytujące – spotkałam się z Johnem, który odebrał mnie z lotniska, pojechaliśmy potem po Arka i Dorotkę, która właśnie przyleciała do Tanzanii i razem z Arkiem jechali autobusem z Dar Es Salaam. Wieczorem zajechaliśmy do Moita Bwawani czyli Parafii Johna i Arka SMA , którzy pracują tam już od 6 lat a ja spędzę tam najbliższy tydzień, starając się choć trochę dotknąć kultury i życia plemienia Masajów.

W niedzielę pojechałam z Arkiem i Dorotą na 2 wioski dojazdowe na 2 Msze Święte. Szczególnie ta druga wioska jest oddalona bardzo daleko od centrum Parafii – mijając kolejne bezdroża sawanny zastanawiałam się nad życiem Masajów w tym regionie – tak cichym, tak oddalonym od „cywilizacji” ale przecież to wcale nie przeszkadza im być szczęśliwym. Wręcz przeciwnie – o ile wspanialsi i szczęśliwsi są oni, nie mający tych wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, które czasem bardziej psują życie niż je polepszają. Druga Msza zgromadziła może mniej ludzi niż ta pierwsza parę kilometrów ale wystarczyło by zapełnić po brzegi wybudowaną kapliczkę oraz ożywić przepięknym tańcem i śpiewami w języku masajskim Mszę Świętą.













Po Mszy najpierw poszliśmy na miejsce budowanej właśnie przychodni zdrowia, w której już wkrótce ma zacząć pracę pielęgniarka. Ma tam być mały gabinet zabiegowy mogący służyć także jako sala porodowa dla Masajek. Patrząc póki co na tą konstrukcję przypomniały mi się słowa piosenki: „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco….” :)

Pośród Masajów :)







Wróciliśmy do domu dosyć późno, zmęczeni upałem i podróżą ale szczęśliwi ze spotkania z parafianami. Szczególnie dla mnie to był pierwszy kontakt, pierwsze zetknięcie się z kulturą i życiem Masajów.
Poniedziałek spędziliśmy także na wioskach, tym razem odwiedzając parafian w domach, znajomych Dorotki, która w Moita Bwawani była już 2 raz i jak się to mówi, stara miłość nie rdzewieje :) więc odwiedziny starych znajomych były konieczne.

Musiałoby mi braknąć pokory a i chyba zdrowego rozsądku by po tych paru dniach napisać tu piękny esej o kulturze plemienia Masajów. I chociaż Arek podczas tych kilku dni opowiedział mi dużo o tym plemieniu to było to za dużo by to wszystko zapamiętać a tym bardziej przekazać Wam na blogu. Poza tym ta kultura jest tak bogata, że nawet po miesiącu czy po roku nie ośmieliłabym się powiedzieć że „ZNAM” Masajów. Nie znam… dotknęłam tylko cząstki. Dowiedziałam się, że to lud obecnie pół-koczowniczy. Żyją w grupach kilkunastoosobowych w gospodarstwie gdzie centralnym miejscem jest zagroda dla krów. W koło niej są domki dla żon Masaja, Masajowie z natury są poligamistami. Kobiety nie są o siebie zazdrosne tym bardziej, że i tak bogactwem każdego Masaja są nie żony lecz krowy. Im ich więcej tym bardziej bogaty jest Masaj. Masajowie uważają, że są wybrani przez Boga jako opiekunowie bydła. Oprócz bydła hodują także kozy. Kur ani innego ptactwa nie hodują ponieważ ptactwo, inaczej niż bydło nie pójdzie w stadzie za swym właścicielem. W sytuacji zmieniania miejsca gospodarstwa kury trzeba by nieść na rękach by je wciąż zatrzymać w swoim gospodarstwie. Więc po co takie zwierzę, które nie pójdzie za mną a ja muszę je jeszcze nosić? Krowy… krowy są najważniejsze. Jeszcze kiedyś podstawowym pożywieniem Masajów było mleko, a napojem herbata z mlekiem. Nie uprawiali ziemi – mleko pochodzące od krów było najważniejsze. Dziś to się zmienia – spożywają też inne posiłki. A w co wierzą? W Boga – jedynego ( są monoteistami) ale w postaci kobiety, ponieważ w gramatyce języka Maa którym się posługują, Bóg odmienia się tylko w rodzaju żeńskim. Ponadto jest czarny – bo chmury przynoszące deszcze są czarne, deszcz to trawa, trawa to życie krów, życie krów to życie Masajów.


Dom Masaja zwany bomą ulepiony jest z … oczywiście krowiego łajna :) Budową ścian zajmują się Masajki a dachem Masajowie. Boma ma kształt okręgu, w jego centrum zazwyczaj jest małe palenisko, a wokół ścian miejsce do spania dla kobiet z dziećmi a drugie dla mężczyzny. Miejsce do spania to czasem łóżko, czasem stelaż z patyków przykryty skórą lub jakimś materiałem, a czasem jakieś klepisko na podłodze.

Spotkałam też kilku chłopaków, młodych Masajów którzy są Wojownikami, tzw Moranami. Obrzezania dotyczy w tym plemieniu zarówno chłopców jak i dziewcząt, choć zdarzają się już przypadki odmowy obrzezania ale w takiej sytuacji trzeba raczej uciekać bo tradycja a w związku z tym ludzie, starszyzna potępiają osobę, a także czasem i rodziców którzy nie chcą obrzezać swojego dziecka.
Co do porodów bo i o tym się troszkę usłyszałam, kobiety zazwyczaj rodzą w swoich domach; przy porodzie towarzyszą jej najbliższe kobiety i zazwyczaj jedna z nich, akuszerka, mająca jakieś doświadczenie w przyjmowaniu porodów, przyjmuje na świat dziecko. Po porodzie kobieta przez 6 miesięcy zostaje w swoim domu i zajmuje się TYLKO nowonarodzonym dzieckiem. Wszystkie codzienne sprawy pomagają jej robić inne kobiety. Ponadto przez te 6 miesięcy kobieta nie obcina włosów. Bo zazwyczaj Masajowie mają ogoloną głowę. (Włosy długie mogą mieć tylko w 2 przypadkach: po urodzeniu dziecka oraz młodzi wojownicy. ) Dziecko po urodzeniu jest opluwane przez zgromadzone przy porodzie kobiety. Oplucie jest w kulturze Masajów błogosławieństwem. Podobnie jak położenie reki na głowie dzieci. Na początku swojego pobytu wśród Masajów zastanawiałam się czemu dzieci podchodzą zawsze ze spuszczoną głową - Arek szybko wytłumaczył że przychodzą po rękę czyli by przywitać się z nimi kładąc rękę na głowę, jako także ich błogosławieństwo.
Po prawej, z dłuższymi włosami i bez biżuterii - młoda mama.

Masajowie dziś często migrują w inne części Tanzanii – za pracą oczywiście. Już kiedyś tu pisałam, że ze względu na swoją wrodzoną niebywałą czujność są zatrudniani jako mlinzi (swh) czyli stróże. Niestety wciąż są przez inne plemiona, albo ludzi z miasta uważani za „podludzi” bo „śmiesznie wyglądają, śmiesznie się ubierają, śmieszny mają język, śmierdzi od nich krowami i itd. Itd.” Dla mnie jednak czas wśród nich spędzony, ta możliwość dotknięcia ich kultury , ich życia była dla mnie niesamowitym doświadczeniem, lekcją ale i wielką radością bo mimo że mieszkam od nich tylko kilkaset kilometrów, wśród ludzi Sukuma to wydaje mi się że to jest jakby inny świat. I pełna podziwu jestem dla nich, tak mocno utwierdzonych w swojej tradycji i świadomych swojej wartości. Bo mimo, że przez wielu pogardzani, Masajowie dumni są z tego że są Masajami !












Krater Shimo la Mungu - tzw. Dziura Boga

To chyba skrót tego co udało mi się usłyszeć oraz zapamiętać. Wiem, że wiele rzeczy zapomniałam być może coś lekko przekręciłam-jeśli tak to Arek wybacz i popraw mnie proszę :) jako autorytet i znawca „masajowa” :)
Środę i czwartek zostałam sama w domu bo Arek, Dorotka i John wspinali się na Górę Meru. Środowe i czwartkowe przedpołudnia spędziłam w misyjnym przedszkolu masajskim. Dzieciaki przywitały mnie pierwszego dnia słowami: Good morning Father John! :)
Dzięki balonom które dostałam, od Dorotki, Radka i Dawidka ( pozdrowienia! ) zorganizowałam kilka prostych zabaw z dzieciakami. Balony chyba na całym świecie wyzwalają w dzieciakach masę radości – ten kto wymyślił balony niech będzie błogosławiony!



























W piątek mieliśmy się spotkać w Arushy wieczorem, przenocować a w sobotę rano już wracałam z powrotem do Mwanzy. Moita Bwawani znajduje się ok. 25 km od Arushy. Droga najpierw 20 km, prosta, utwardzona, przystosowana do wywrotek, które jeżdżą tą trasą po piach wydobywany niedaleko. Po 20 km jest skręt do Moita Bwawani i droga przez kolejne 6 km przecina raz po raz wyschnięte koryta rzek. Oprócz tego że jest nieutwardzona to jest chyba na najgorszym rodzaju z możliwych gleb – w czasie pory suchej jest ok. Ale gdy tylko spada deszcz staje się jak bagno, lub jak smoła, która przylepia się do samochodu, czy do butów tak że człowiekowi trudno przejść a o jeździe można w ogóle zapomnieć.
Z jak wielkim przerażeniem więc obserwowałam deszcz? ulewę? oberwanie chmury? a może po prostu początek pory deszczowej, który przyszedł w czwartek wieczorem i LAŁO nieprzerwanie przez 5 godzin? Zasypiałam z modlitwą na ustach by jakoś dostać się do Arushy. Gdy wstałam rano zaniemówiłam patrząc na mokrą całkowicie wkoło ziemię i ogromne kałuże. Ale wyjścia innego nie było – musiałam się dziś dostać do Arushy W drogę do Arushy wyruszyło ze mną 2 chłopaków – znajomych z Parafii, bardzo zaufanych i pomocnych oraz Mama Helenka, Masajka, sąsiadka która jechała do Arushy na zakupy. Potem dołączyli do nas inni, którzy próbowali się dostać tego dnia do Arushy więc byliśmy grupą ok. 10 osób. Emmanuel, jeden z chłopaków zaproponował, że pożyczy mi od sąsiadów kalosze. To było chyba jego natchnienie od Ducha Świętego bo gdyby nie to, to po moich sandałkach by tylko paragon został:)
Ruszyliśmy o godzinie 9 rano nie wiedząc ile nam ta wyprawa zajmie czasu. O ile pierwszy odcinek na górce był w porządku o tyle po zejściu z górki rozpoczęła się prawdziwa zabawa w błocie po kolana. Kalosze obciążone przyklejonym błotem przybrały na wadze a całą uwagę trzeba było skupić by się nie przewrócić, poślizgnąć przemierzając sawannę po deszczu. Poszliśmy skrótem, ale nie ominęło nas przejście wpław 4 rzek - dzięki Bogu nie było głęboko więc można było przejść a nie przepływać bo jako że pływać nie umiem to bym utknęła przed rzeką i czekała aż woda opadnie. Po 5 km dotarliśmy do miejsca którym mieliśmy złapać ciężarówkę. Bo w tym miejscu jak się okazało publicznym środkiem transportu jest ciężarówka z piachem, średnia częstość jazdy: co pół godziny. Nie myślcie jednak że miejscówki są w kabinie – pasażerowie podziwiają piękno otaczającej przyrody z wywrotki z piachem a bardziej odważni – z dachu kabiny  Przygotowałam się psychicznie na ta pierwsza opcję ale jak doszliśmy na miejsce zobaczyliśmy, że stoi jakaś dala dala więc przygoda z ciężarówką z piachem mnie ominęła:)
Przed samym miejscem postoju dali dali czekała nas do przeprawy jeszcze jedna rzeczka w której ponadto musieliśmy umyć wpierw pożyczone kalosze a potem siebie. Nie, nie – prysznica nie brałam ale doprowadzić do czystości moje nogi i ręce musiałam. Zresztą – wszyscy się myli. Po tej wymagającej trasie nie starczyło mi już odwagi i wyciągnąć aparat i zrobić zdjęcie – to byłoby chyba nie na miejscu patrząc na moich współtowarzyszy zmęczonych 2-godzinnym pokonywaniem terenów masajskich. Ja także miałam już dosyć. Ale kolejne 20 km przejechaliśmy wspomnianą dala dalą, potem zmieniając jeszcze 3 krotnie dala dalę dojechałam do domu Pana Edwarda – Polaka, który od ponad 60 lat mieszka w Tanznani. W młodości służył w armii generała Andersa a potem wraz z mamą przyjechał do Tanzanii i pracował w Tangeru obok Arushy, w obozie dla polskich uchodźców z Syberii. Dla wielu Polaków to człowiek historia, legenda, ostatni z żyjących obecnie Polaków pracujących kiedyś w Tangeru. W jego domu spędziłam całe popołudnie, słuchając jego historii, opowieści, poznając jego własnej roboty masarnie i wędzarnie. Wieczorem wrócili moi bohaterowi którzy przez 3 dni w deszczu zdobyli górę Meru. John zabrał nas tego wieczora do cyrku, który przyjechał z Dar es Salaam – przyjeżdżają raz do roku na kilka dni do Arushy. Show trwało jakieś 3 godziny i była to tylko akrobatyka ale chyba był to najlepsze szow cyrkowe jakie widziałam w życiu ! Wszystko w oprawie iście afrykańskiej bo cyrk się nazywa Mama Africa.


Sobota to już powrót do samolotem do Mwanzy – na samolot zdążyłam, turbulencji jak ostatnio nie było. W niedzielę powrót autobusem do szkoły – teraz też sobie nic nie uszkodziłam no i kierowca był normalny :) A więc witaj szkoło! Jeszcze kilka tygodni i wracam do Bugisi!!

czwartek, 24 lutego 2011

Viziwi-bubu watoto - Dzieci głuchonieme

Od początku kursu w mojej klasie zastanawialiśmy się dlaczego jeden z nauczycieli, Stefano, mówi strasznie głośno i bardzo wyraźnie. Na początku twierdziliśmy, że to dlatego byśmy lepiej rozumieli jego wymowę w języku suahili. Otóż nie, bo poza lekcjami też był głośny i „wyraźny”. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że Stefano mieszka i pracuje w ośrodku dla dzieci głuchoniemych oraz upośledzonych w różny sposób. We wtorek po lekcjach razem z Anną poszliśmy go odwiedzić i poznać jego podopiecznych.



Stefano z dziećmi.





Ośrodek znajduje się niedaleko naszej szkoły; powstał w 2004r. z inicjatywy jednej siostry zakonnej. Obecnie ośrodek zapewnia schronienie dla 80 dzieci, z czego ok. 50 jest głuchoniemych. Pozostałe dzieci są upośledzone fizycznie lub psychicznie w różnym stopniu. Są tu też dzieci z różnymi wadami genetycznymi np. zespołem Downa. Niektóre z dzieci przebywają tu także z powodu bycia zarażonym wirusem HIV. Część z dzieci jest sierotami, część została oddana do ośrodka przez rodziców, a część z nich przebywa tu tylko w tygodniu podczas zajęć szkolnych a na weekendy wracają do domu. Edukacja dzieci z ośrodka zależy od stanu ich upośledzenia – niektóre z nich chodzą do pobliskiej szkoły, niektóre mają indywidualne lub grupowe zajęcia w ośrodku. Uczą się nie tylko podstawowych przedmiotów takich jak matematyka, historia, geografia, angielski itd. ale także krawiectwa i innych praktycznych zajęć. Zapytałam Stefano kto finansuje funkcjonowanie tego ośrodka, Państwo Tanzańskie? Powiedział – nikt. Żyjemy z tego co dadzą ludzie. Stefano nie dostaje tam pensji – w zamian może tam mieszkać i jeść. Jest opiekunem dzieci popołudniami i w weekendy ; od 8 do 16 pracuje u nas w szkole językowej. Pozostali nauczyciele otrzymują małe pensję. Mam wrażenie że dla nich bardziej liczy się dobro tych dzieci niż to co zarobią. Ostatnio jeden stolarz bezinteresownie zrobił i oddał w posiadanie ośrodka łóżka dla wszystkich dzieci.


Jeden z pokoi dla dzieci oraz budynek z pokojami dla dziewczynek.




Dzieci kiedyś dostały też telewizor – tyle tylko że w ośrodku nie ma prądu więc nie mogą z niego korzystać. Czasem jedynie uda im się kupić trochę oleju do generatora prądu wtedy radość w domu jest wielka! Podczas naszego pobytu tam wielokrotnie słyszałam pytania dzieci do Stefano kiedy obejrzą telewizję. Odpowiedź była jedna – później. Później znaczy kiedy z pieniędzy na jedzenie i inne wydatki uda się zaoszczędzić na olej.
Anna, która była ze mną zajmuje się w Tanzanii programami resocjalizacyjnymi dla sierot więc być może uda się im ten ośrodek wziąć w opiekę, przynajmniej część dzieci.
A jakie były dzieci? Przecudne! Pomimo, że większość głuchoniemych to wszystkie robiły w koło dużo hałasu. Spędziłyśmy z Anną w ośrodku prawie 2 godziny i jedynie co mogłyśmy im ofiarować to swoją obecność i zabawę, na którą dzieciaki były bardzo otwarte. Gdy zobaczyły aparat, który wyciągam z torby zrobił się rumor a te które umieją, zaczęły piszczeć. Nie było dla nich większej radości niż zobaczyć koleżankę lub kolegę na ekranie aparatu. Na początku zastanawiałam się czemu tak wielu z nich wyciąga rękę przed aparat – potem do mnie dotarło – one do mnie mówiły, w swoim migowym języku, czasem po swojemu bez znajomości żadnych „szyfrów” języka migowego.
Jedynie czego żałuję, to że z głowy wyleciało mi prawie wszystko co nauczyłam się podczas studiów, na przedmiocie Język Migowy. Ale poniżej zamieszczam filmik z małą Florą, która chce Wam coś powiedzieć. Ci co znają chociaż alfabet – powinni zrozumieć.



Flora jest głuchoniemą, osieroconą, nosicielką wirusa HIV. A mimo to, (a może właśnie dlatego) była w ośrodku najbardziej żwawym i otwartym dzieckiem.
Flora i jej piekne oczy




















































PS. Jutro jadę na weekend do swojego domu w Bugisi - odwiedzić przyjaciół, znajomych . Następnie cały tydzień, od niedzieli do niedzieli, spędzę w Mwanzie – mamy tam coroczne spotkanie wszystkich członków SMA w Tanzanii. Kurs suahili mimo to trwa więc będą to najdłuższe wagary w moim życiu :)
Gorące pozdrowienia !

poniedziałek, 21 lutego 2011

Katikati ya barabara

Wyrzuty sumienia oraz liczne naciski ze strony znajomych zmusiły mnie do napisania czegoś po długiej przerwie. Cóż, prawda jest taka że nauka suahili pochłania mój cały wolny i „niewolny” czas, co drugi weekend wyjeżdżam gdzieś poza szkołę a jeśli na weekend zostaję to zazwyczaj nadrabiam zaległości w czytaniu książek i w przytulaniu się do mojej poduszki ! A więc przepraszam i zapraszam do przeczytania kolejnego wpisu o codzienności Tanzańskiej.

Mój ostatni wpis na blogu zakończył się zapowiedzią odwiedzin Kiabakari. Spędziłam tam weekend w obecności Zosi, koleżanki pielęgniarki i ks. Wojtka Kościelniaka. Owocami mojej wizyty była radość ze spotkania z rodakami oraz dready zrobione własnoręcznie przez Zosię :) Dready od zawsze były moim marzeniem, kiedyś nawet je częściowo spełniłam decydując się na 6 dreadów w czasach licealnych. Potem wypadało ściąć, tym bardziej że nie odważyłabym się przyjmować porodów w dreadach – w Polsce gdzie większość osób uważa dready za coś brudnego i niehigienicznego (pomimo, że myję dokładnie głowę codziennie!) – chyba nie udałoby mi się wzbudzić zaufania u większości kobiet rodzących a zaufanie między rodzącą a położną jest niezbędne. Tym bardziej uważam, że co jak co ale dready i porody nie pasują do siebie :) Tak więc porzuciłam swoje plany szybko po tym jak zdecydowałam się na studia położnicze. Ale ostatnio… z różnych powodów postanowiłam ściąć swoje włosy na bardzo krótko. Zrobię to za jakieś 2 tygodnie gdy będzie ku temu okazja czyli spotkanie wszystkich SMA z regionu Tanzania w Mwanzie. Mając to w planach, przyszła mi do głowy myśl 2 tygodnie temu, że skoro i tak niedługo ścinam włosy to może spełnić swoje marzenie z lat młodości i stworzyć na swojej głowie kopiec dreadów. Zosia w Kiabakari się zgodziła i przez weekend z małymi przerwami uplotła 18 „batów” :)

Zachód słońca w Kiabakari oraz Zosia :)






Kolejne 2 tygodnie toczyły się tak samo czyli szkolnie pomimo, że każdy dzień zawsze był inny. By nie zwariować w 12 klasach rzeczowników w języku suahili by odróżnić mtu od mbu i mkuu zaczęłam grać w squasha – pozwala mi to wyrzucić z siebie dużo energii, która w ciągu dnia zostaje tłumiona poprzez nieustanne studiowanie języka suahili. Ponadto w ostatnim tygodniu w piątek zostałam poproszona o rękę i chwile potem wyszłam za mąż –za szefa wioski Makoko i jednocześnie nauczyciela w naszej szkole. Zostałam jego 4 żoną, w tym druga Moniką, pierwszą białą no i najmłodszą. By małżeństwo było ważne Joakim, znaczy się mój mąż, musi podarować moim rodzicom 100 krów:)
A żeby Was wszystkich uspokoić powiem, że oczywiście wszystko było na żarty bo chyba każdy z nas pamięta swoje wygłupy/wybryki za czasów szkolnych kiedy na przerwach przychodziły człowiekowi różne pomysły do głowy :)

(Niewszyscy) uczniowie shule ya lugha Makoko :)






Poprzedni weekend spędziłam w Mwanzie po prostu odpoczywając. W piątek z transformatora prądu pod naszym domem złodzieje chcieli ukraść jakąś część – nie udało im się to no i zostawili popsuty transformator czego efektem było brak prądu w całej dzielnicy Bwiru przez cały weekend. W sobotę też zrobiło się zimno, jak na warunki tanzańskie – 18 stopni, deszcz, zimny porywisty wiatr zmusił mnie do ubrania po raz pierwszy długich spodni i polar. W niedziele ekspresowy powrót ze znajomymi samochodem – 2,5 godziny łącznie z przystankiem na przywitanie się z małpami z Serengeti :) I tak zaczęłam kolejny tydzień nauki języka suahili.

Małpy Baboo







O tym, że biurokracja w niektórych Krajach Ameryki Południowej czy Afryki jest najbardziej skomplikowaną dla przyjezdnych częścią pobytu tam, usłyszałam po raz pierwszy od Pana Wojciecha Cejrowskiego, który opisywał jak w jednym z krajów Ameryki Południowej otrzymał wizę wjazdową za okazaniem swojej polskiej książeczki ubezpieczeniowej bodajże. Ostatnio koleżanka ze szkoły Anna, Kanadyjka, zakupiła mi kartę do Internetu – normalną kartę SIM ( kosztowała całe 2 złote), którą wkłada się do urządzenia podobnego do pendriva i używa jako Internet, doładowując konto zdrapkami. By internet zaczął działać trzeba ta kartę zarejestrować na podstawie jakiegoś dowodu tożsamości. Dałam więc Annie kopię pierwszej strony z paszportu. Całe „biuro” firmy telefonicznej znajdowało się na ulicy Musomy, pod małą budką. Anna wystąpiła w roli Moniki Nowickiej, pokazując Pani moje zdjęcie paszportowe. Pani spisując z paszportu dane potrzebne do rejestracji nie mogła przekalkulować nazwy miejsca mojego urodzenia czyli WOJCIESZYN i zapytała Anny gdzie się urodziła. Anna nie mając zielonego pojęcia co jest napisane w paszporcie powiedziała – w Polsce. Pani się pyta ale gdzie w Polsce? No po prostu, w Polsce. I tak zostało na papierze rejestracyjnym.
Dziś za to wybrałam się do rządowego szpitala w Musomie by odebrać jeden w formularzy potrzebnych do zarejestrowania mnie jako położną czyli po prostu otrzymania tanzańskiego numeru prawa wykonywania zawodu. Moja szefowa z Bugisi, s. Kathleen, która poprosiła bym odebrała ten dokument uprzedziła mnie że mogą być jakieś problemy z racji tego że jestem biała. Pominę to, że ona na swoje prawo wykonywania zawodu czekała 3 lata… Może chociaż mi się uda je odebrać zanim wrócę do Polski :) W każdym bądź razie trzeba spróbować więc dziś uzbrojona w cierpliwość i dużą dawkę pochlebstwa wkroczyłam na teren szpitala państwowego w Musomie. Nie mogłam na początku znaleźć osoby, która by umiała język angielski więc swoim złamanym jeszcze suahili odnalazłam pokój numer 7 gdzie miał siedzieć Mkuu czyli szef/owa pielęgniarek. W środku pusto, jeden z Panów niewyglądający na miłego spojrzał wzrokiem pytającym „czego tu”? Znów kalectwo suahili – dowiedziałam się że Mkuu jest gdzieś „dookoła” i że za jakieś 2 godziny wróci. Nie uśmiechało mi się czekać albo wracać tu ponownie a podobno jak ktoś Ci drzwi zamyka to trzeba wchodzić oknem więc zagadałam babki które siedziały na korytarzu – w stroju pielęgniarek ale chyba na bezrobociu dziś pomimo że w szpitalu na korytarzu były tłumy. Ale może po prostu trafiłam na czas ich przerwy albo odpoczynku na korytarzu… taaaaaaak, na pewno to był ten czas. No i się znowu dowiedziałam że Mkuu gdzieś tu krąży ale że powinien niedługo przyjść. Postanowiłyśmy z Anną, która była ze mną, że ona pojedzie załatwić swoje sprawy na mieście a ja poczekam tu na Mkuu. Przecież kiedyś musi przyjść. Anna wyszła i za 3 minuty pojawił się Pan w średnim wieku, z uśmiechem nr 10, podchodzi do mnie i się wita będąc uprzedzonym (nie wiem przez kogo), że czekam na niego. Zawahałam się czy nie dzwonić po Annę skoro już on przyszedł ale stwierdziłam, że wyrobienie gruntu może mi zająć dużo czasu. Przemiły Pan Benedykt zaprosił do swojego biura, rozpoczynając rozmowę o moim życiu w Tanzanii i przed Tanzanią. Ja za to przybrałam wpierw postawę „pochwalacza” za dobry szpital, bo „wcześniejszy który widziałam był w opłakanym stanie”, oraz że widzę ich ogrom pracy,więc nie chcę mu przeszkadzać. Między zdaniami wplotłam cel swojej wizyty czyli odebranie świstka do rejestracji, po czym dalej kontynuowałam przemiły dialog z Mkuu, który w końcu zaproponował mi pracę w tym szpitalu. Oczywiście odpowiedziałam, że z wielką chęcią, zastanowię się, ale muszę najpierw wypełnić swój kontrakt w Bugisi. Wspomniałam również o chęci zdobycia ogromnego doświadczenia medycznego, które będzie możliwe z tego co widzę, w jego szpitalu. Chyba go tym ujęłam, bo zaproponował mi nawet pensję 350 000 szylingów miesięcznie. Potem nadszedł czas na chwalenie Tanzanii i podejścia rządu do polityki zdrowotnej – tu akurat nie udawałam:) Poprzednie zdania, no cóż powstały po to by wyrobić grunt a następnie zdobyć potrzebny dokument. Więc się nie martwcie – nie zamierzam tu przyjść do pracy, ani też nie wyobrażajcie sobie że ten szpital był (jak mu mówiłam) w dobrym stanie – bo nie był :/ Po 15 minutach Pan wyciągnął świętą teczkę z upragnionymi przeze mnie formularzami i wyciągnął 3 – zaznaczając, że każdy może dostać tylko 1 ale ze względu na specjalność znajomość ze mną – dostanę 3:) Zapytał się jeszcze o moje zaświadczenie że jestem położną. Pokazałam mu mój dyplom ukończenia studiów - oczywiście wersją angielską. Data wystawienia była 6.07.2010r. Pan myślał, że to mój dokument polskiego prawa do wykonywania zawodu i zapytał ile czas jest on ważny. Nie wyprowadzając go z błędu, ze jest to jedynie dyplom ukończenia studiów położniczych a nie tak jak myślał, powiedziałam ze 5 lat i otrzymałam do ręki potrzebne mi dokumenty. Podziękowałam najserdeczniej jak mogłam. Ale że Anna jeszcze była na mieście a Pan chciał ze mną jeszcze poprowadzić konwersację – zostałam na kolejne 30 minut. Z tego wszystkiego Pan Benedykt przyniósł księgę gości szpitala, w którą się wpisałam. Poprosił o swój telefon ale wiedząc że grozi to dzwonieniem by „tylko pozdrowić” w nocy o północy, podałam nieprawdziwy. Wystarczy, że wie że jestem w Makoko w szkole. Ale za to podarował mi swoja wizytówkę – z zachętą by dzwonić w razie jakiś problemów czy to administracyjnych czy medycznych. Po 45 minutach przemiłej rozmowy ślicznie podziękowałam i pomimo próśb żeby zostać i porozmawiać dłużej – musiałam wracać do szkoły na popołudniowe zajęcia. To była chyba pierwsza ale najważniejsza lekcja jak przejść szybko i bezboleśnie przez biurokrację w Tanzanii.




Ps. W związku z licznymi protestami dlaczego na bloga nie wrzuciłam zdjęcia dreadów - wrzucam:)

czwartek, 27 stycznia 2011

Ninaendelea vizuri!

Pewnie część z Was zastanawia się co ja robię w szkole. Odpowiedź jest prosta – uczę się języka suahili, który jest w Tanzanii językiem urzędowym a znają go wszyscy. No, prawie wszyscy :) Potrzebuję go do dalszej pracy w przychodni w Bugisi, ponieważ zakres moich obowiązków będzie większy niż dotychczas. Przez poprzednie 3 miesiące w Tanzanii zawsze był ktoś obok ze staffu kto pomógł przetłumaczyć a poza tym podstawy suahili które miałam – wystarczały.

I tym sposobem od zeszłej niedzieli jestem w Shule ya luga Makoko w Musomie na północy Tanzanii. Musoma – jedno z ostatnich miast na drodze do Kenii, położone nad jeziorem Wiktorii. Jestem ciągle pod wrażeniem wielkości tego jeziora – jest wielkości ok. jednej piątej obszaru Polski. Pomimo że na moich zdjęciach widać czasem drugi brzeg to zwykle jest to brzeg zatoki które tu są wszędzie. Do tego stopnia, że ja często tracę orientację gdzie, tzn. w którym zaułku jeziora jestem:)

Nasza szkoła położona jest na uboczu Musomy, a jednocześnie 200 metrów od jeziora. Szkoła z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem nauki j.suahili wykształciła chyba większość Misjonarzy – księży, sióstr i świeckich – różnych wyznań religijnych a także inne osoby pracujące w Kenii i Tanzanii. Moja grupa składa się z 15 osób różnych narodowości: Kostaryka, Meksyk, USA, Kanada, Irlandia, Włochy, Hiszpania, Togo, Uganda, Szwajcaria, Indie i Polska. Jestem tu jedyną Polką wśród uczniów, a Polakiem jest także dyrektor naszej szkoły – ks. Edward Gorczaty. Doświadczam zatem każdego dnia jak bogaty jest świat posiadający tyle narodów, grup społecznych oraz kultur i przyznam szczerze, że jest to bardzo fajne doświadczenie.
Mój dzień wygląda prawie zawsze tak samo. 6.30. Pobudka, 7.00 Msza Święta, 7.30 Śniadanie, 8.30 – 12.30 – 5 lekcji języka suahili; jesteśmy podzieleni na 5 klas 3 osobowych, więc każda lekcja jest z innym nauczycielem. 12.30 – obiad, 13.00 – kładę się na pół godziny sjesty by potem się pół godziny z niej wybudzać ;) 14.00 – 15.30 Laboratorium czyli indywidualna nauka podczas słuchania kaset w j. suahili. Po 15.30 jestem free aż do 18.30- potem kolacja i znowu free. Swój free time spędzam różnie – przed kolacją zwykle chodzę na wioskę lub nad jezioro lub zostaję w domu i się uczę. Pokolacyjny free time – korzystam wtedy z dobrodziejstwa tego świata czyli internetu albo odrabiam pracę domową :)
Apropo tego wychodzenia popołudniowego – drugiego dnia pobytu tutaj, czyli w zeszły poniedziałek, uzbrojona w lokalną mapę ruszyłam nad jezioro by zapoznać się z terenem i znaleźć sobie swoje miejsce nad jeziorem. Wracając spotkałam najpierw dzieci, wracające ze szkoły a potem pana pod drzewem próbującego upleść z suchej trawy i gałęzi zmiotkę . Jako, że rzeczą nietaktowną tu jest przejść obok drugiej osoby bez pozdrowienia – pozdrowiłam najpierw Pana a potem zaskoczona jego znajomością języka angielskiego stanęłam na dłuższą chwilę. Pan Madasa, bo tak miał na imię, zaprosił mnie na swoje gospodarstwo, które było tuz obok. Po drodze poznałam też Monikę, jego sąsiadkę, dla której się stałam "rafiki" (przyjacielem w j.suahili) ze względu na to samo imię.







Mój powrót do domu tego dnia ze względu na odwiedziny u sąsiadów trwał prawie 1,5 godziny, chociaż powinno to zająć 10 minut:) W zeszły wtorek także wybrałam się na wioskę mając nadzieję na mandazi (lokalne pączki) które zamówiłam dzień wcześniej u Petera, prowadzącego mały biznes gastronomiczno-usługowy niedaleko nas. Peter nie wierzył, że ja Mzungu (biała) przyjdę na następny dzień po mandazi więc ich nie zrobił. Zdziwił się jak zobaczył mnie we wtorek i obiecał przygotować na środę. Na następny dzień były i mandazi i ciapati czyli coś podobnego do naszej tortilli ( na zdjęciu poniżej, dzieci jedzą właśnie ciapati).

Weekend w szkole jest wolny – w sobotę postanowiliśmy ruszyć wszyscy na miasto, na targ i do sklepów zrobić potrzebne zakupy, bo nikt nie spodziewał się że do centrum będzie godzina na nogach więc w ciągu tygodnia nie będzie czasu na taki spacer. A więc w sobotni poranek, zanim jeszcze słońce nabrało mocy przespacerowaliśmy się do Musomy, po drodze spotykając ludzi którzy znają nas a których my nie znamy. W związku z tym, że szkoła w Musomie ma kilkadziesiąt lat – chyba wszyscy wiedzą że biali ludzie zmierzający z Makoko do Musomy to uczniowie szkoły językowej :) Zakupy w związku ze zbliżającym się upałem południowym zakończyliśmy w niecałe 2 godziny i w drogę powrotną wybraliśmy się już dala dala – czyli tym co lubię najbardziej. Jechaliśmy może nie tak bardzo ściśnięci jak w Mwanzie (patrz wcześniejsze wpisy) ale klimat dala dala chyba wszędzie jest ten sam – zdemolowany samochód, w środku tandetne (według niektórych) dekoracje i prędkość oszałamiająca, szczególnie na dołach, których tu nie brakuje.

Chyba nie było osoby która nie mogła się doczekać poniedziałku i kolejnych lekcji suahili – a ja nigdy nie przypuszczałam, że dzwonek na lekcje będzie kiedyś we mnie wzbudzał tak pozytywne uczucia. Lekcje to nie tylko bardzo sympatyczny czas nauki suahili ale także czas rozmowy o kulturze lokalnej, o kulturze języka suahili, itd. Jednym z naszych ulubionych ostatnio tematów jest ożenek naszego nauczyciela. Stefano, bo tak ma na imię, ma 24 lata, mieszka niedaleko szkoły razem z rodzicami i 2 braci. Oprócz tego ma jeszcze jedną siostrę i jednego brata.
Zgodnie z tradycją w większości plemion tego regionu rodzina dziewczyny otrzymuję od rodziny chłopaka skromny podarunek by nie powiedzieć zapłatę – krowy. Ich ilość zależy o poziomu wykształcenia, od zachowania, od pochodzenia itd. Zazwyczaj za normalną, przeciętną dziewczynę rodzina otrzymuje 4-5 krów. 1 krowa kosztuje ok. 150 000 szylingów tanzanijskich czyli ok. 100 dolarów. Łącznie więc 5 krów ma wartość ok. 1500 zł. Nie chcę mówić że jest to „koszt”, że dziewczyne się sprzedaje bo to nie jest TU i nie powinno być przez WAS, tak rozumiane. To w pewnym sensie ofiara dla rodziny, która oddaje córkę – jakże niezbędną w życiu każdej rodziny! Wracając do Stefano, kiedy jego jedyna siostra wyszła za mąż, rodzina otrzymała 4 krowy. W niedługim czasie później krowy te przekazane zostały dla rodziny wybranki najstarszego brata Stefano. W domu pozostało 3 synów – Stefano i dwóch innych, którzy teraz głowią się jak zdobyć pieniądze na zakup krów, bądź krowy by móc się ożenić ze swoimi wybrankami. Nasz Stefano już ma dziewczynę, obecnie 18-letnią. Jedynie czego mu brakuje to krów, które ma przekazać rodzinie swojej wybranki. Zapytałam go ile czasu musi pracować by zarobić na kupno krów – powiedział, że może 3 lata już zbierze potrzebną kwotę. A dziewczyna jest już „zaklepana” tzn, nie zostanie wydana za mąż za kogoś innego, kto szybciej przekaże rodzicom krowy. Aha, najważniejsze - dziewczyny z lokalnych plemion nie są zmuszane do małżeństw - to młodzi sami się dobierają a rodzice akceptują te decyzje.

Inny nauczyciel,54-letni Joakim, który jest w Makoko szefem wioski, a sam nazywa siebie biskupem, ma już 2 żony i szuka 3ej – najlepiej ok.20letniej. Najważniejsze jest dla niego, jak sam podkreśla, to żeby umiała gotować i pracować wokół domu – po to według niego są żony. Aha, i rodzić dzieci – najlepiej dziewczynki – bo zawsze te parę krów przybędzie po wydaniu jej za mąż. Co jeszcze mówi Joakim ? – zawsze jak mnie widzi mówi – I love polish vodka – It’s a Holy water!

:):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)

Ps. Na weekend wybieram się do Kiabakari – wioski ok. 60 km od nas, w której pracuje jako pielęgniarka moja koleżanka Zofia Miś oraz ks. Wojtek Kościelniak. A więc będzie to polski weekend, na co się bardzo cieszę bo tylko jakoś tak „swoich” mi tu brak w szkole…. :)

sobota, 15 stycznia 2011

Powrót do Tanzanii

Wracając w grudniu 2010 r. z Tanzanii, obiecałam sobie, że nadrobię zaległości związane z prowadzeniem bloga. Niestety, te 5 tygodni w Polsce przeleciały bardzo szybko i ani się obejrzałam a już trzeba było na nowo się pakować. Ostatnie dni to były głównie pożegnania i spotkania, dziękuję wszystkim za to Wasze wsparcie w tych ostatnich dniach a jednocześnie zrozumienie, że brak czasu nie pozwala mi się zobaczyć z każdym. W niedzielę 9.01 miałam w swojej Parafii w Borzęcinie Dużym uroczyste posłanie misyjne, na którym otrzymałam krzyż misyjny oraz Pismo Święte. Dziękuję także za wszelkie ofiary złożone na tacę w Święto Trzech Króli. Taca ta zostanie przeznaczona na Misję Bugisi i jej konkretne potrzeby, szczególnie w misyjnej przychodni, gdzie będę pracować i na konkretne osoby, którzy borykają się z problemami zdrowotnymi. Drodzy Parafianie, uzbieraliście 3915 zł! Dziękuję za Waszą hojność i chęć podzielenia się z bardziej potrzebującymi.
12 stycznia, świadoma tego, że na pewno czegoś zapomniałam :) wyleciałam do Kenii. Na początek, podobnie jak ostatnio szybka przesiadka w Amsterdamie – trochę za szybka bo byłam jedną z ostatnich które były odprawione i weszły na pokład. Ostatnich tzn. było nas w samolocie ok. 450 osób :) Byłam tak zmęczona ostatnimi nieprzespanymi nocami, że przespałam lądowanie w Nairobi – stolicy Kenii. To mi się rzadko zdarza, bo raczej start i lądowanie to najbardziej emocjonujące momenty podczas np. 10 godzinnego lotu :) W każdym bądź razie, obudziłam się jak podjechaliśmy pod rękaw na lotnisku i wychodząc z samolotu znów poczułam się już „swojsko”, poczułam ten „ZAPACH AFRYKI” i to ciepło tak przyjemne, że by się chciało do niego przytulić.
Byłam nastawiona już przez znajomych, którzy mieszkają w Kenii, że będą chcieli mnie zainkasować za wizę dwukrotnie niż to powinno być, ale na szczęście trochę żartów, serdeczna rozmowa i puścili mnie sprzedając wizę kenijską za jedyne 25$. O dziwo, bagaże doleciały pomimo, szybkiej przesiadki w Amsterdamie jednak walizka, którą użyłam po raz pierwszy jest troszkę naderwana. Chyba ktoś się chciał do niej dostać bo i suwak jest popsuty. Ale to nic, najważniejsze, że nic nie zginęło. Poczekałam chwilę na znajomych, którzy mnie odbierali z lotniska a potem pojechaliśmy do ich domu a jednocześnie dla mnie miejsca postoju do piątku czyli Formation House of SMA, na obrzeżach Nairobi, w dzielnicy zwanej Karen. Nazwa pochodzi oczywiście od pisarki Karen Blixen, autorki powieści „Pożegnanie z Afryką”. Tereny, na których stoi nasz dom, kiedyś należały do całej posiadłości ziemskiej Pani Blixen.
Następnego dnia, tj. czwartek pojechaliśmy do centrum Nairobi, które przypomina mi centra niektórych stolic europejskich. Jak to już większość ludzi, którzy w Nairobi byli choć chwilę, stwierdziła i ja także stwierdzę – Nairobi to miasto kontrastów. Ekskluzywne budowle, hotele, wieżowce sąsiadują z Kiberą – podobno 2 co do wielkości slumsem w Afryce. Znaleźć tu można skrajnie bogatych ale zarówno skrajnie biednych.

My po krótkim spacerze, wypiciu kawy podobnej smakiem do tej w Coffee Heaven i zrobieniu małych zakupów pamiątkowych wróciliśmy do domu na obiad, co by uniknąć korków, co w Nairobi jest prawdziwą zmorą. Po obiedzie spełniło się moje od dawna wytęsknione marzenie – wizyta w Parku żyraf. Chyba mało kto wie, więc powiem, że żyrafy to moje ulubione zwierzęta afrykańskie Dla mnie są najpiękniejszym stworzeniem boskim z krainy zwierząt. Park żyraf położony jest niedaleko nas i jest on obecnie miejscem zamieszkania dla 9 żyraf – samców i samiczek. Centralnym punktem jest podest, na którym żyrafy są karmione przez zwiedzających. Przy wejściu stoi wiadro ze specjalnym pożywieniem dla żyraf – każdy odwiedzający może zabrać po 2 garście pokarmu. Przy podeście stały tylko 2 żyrafy (samiec i samica), reszta odpoczywała gdzieś niedaleko w zaroślach. A więc przez godzinę karmiliśmy żyrafy a fajną opcją był tzw. pocałunek z żyrafą czyli podanie jej jedzenia które trzymamy w ustach. Za pierwszym razem się wahałam bo już i tak miałam całe obślinione ręce więc nie wiedziałam co mnie czeka . Ale było tak fajnie że się „pocałowaliśmy” w sumie 5 razy :)



Dla tych, którzy chcą także nakarmić żyrafę – wyciągnijcie tylko rękę z chrupkiem jakimś przed ekran i włącznie poniższy filmik :)



W piątek przed południem, niewyspana po 3 godzinach spania , pojechałam razem z chłopakami na lotnisko. Na moje ‘check-in’ czekałam prawie godzinę mimo, że byłam pierwsza w kolejce – Pani szła z biura tyle czasu. Ale nie mogłam się ani denerwować ani zwrócić uwagi bo musiałam przemycić jakoś 20 kg nadbagażu. Bez straty nie udało się tego zrobić - na szczęście dzięki żartom i błaganiom ;) zapłaciłam „jedynie”!!! 50$...
Tak naprawdę to „check-in” przeszłam tylko ja i jakaś siostra zakonna ale Pan z obsługi linii JetLink zapewniał nas, że na pewno samolot odleci. Jak się okazało lot ten miał międzylądowanie w Kisumu – jeszcze w Kenii, ale także już nad jeziorem Wiktoria. Ja tylko z siostrą byłyśmy tymi, które leciały z Nairobi do Mwanzy już w Tanzanii więc przechodziłyśmy odprawę. Pozostałe uwaga! 7 osób leciało do Kisumu więc gdzie indziej przechodziły „check-in”. No więc jak cała nasza 9 weszła do tego samolotu, w sumie mieszczącego ok. 70 pasażerów okazało się, że samolot ma usterkę. Przyszła jakaś ekipa, w której połowa nie wiedziała o co chodzi a druga połowa wiedziała ale nie umiała się do tego zabrać. No ale naprawili w końcu i ruszyliśmy, jednak jeszcze takiego stracha to nie miałam jak leciałam. Niby lot identyczny jak każde poprzednie ale każda mała turbulencja albo „dziwny” dźwięk to już mi kurka się gorąco robiło, bo miałam w głowie „usterkę”  Oczywiście, że wszystko było już naprawione ale wyobraźnia nie jest taka żeby nie działała w takich momentach :) W Kisumu owe 7 osób wyszło, weszła jedna więc już do Mwanzy lecieliśmy tylko we 3 osoby! Dla mnie to był szok, że polecieli bo to się chyba w ogóle nie opłaca skoro jeden bilet Nairobi – Mwanza kosztuje 95$ …
No ale dolecieliśmy szczęśliwie, na lotnisku czekał już na mnie Jasiu i ruszyliśmy do naszego domu SMA, w którym zostaję do niedzieli. W drodze powrotnej na ulicy były rozgrywane zawody w jeździe na rolkach – tak, w trakcie ruchu drogowego! Przy drodze tłumy, co chwila ktoś z tłumu wyjeżdża z jakąś przeszkodą dla zawodników – np. stawia rower, który trzeba przeskoczyć ! Wyglądało to świetnie, wkoło mnóstwo kibiców a między nimi najwięcej wracających ze szkoły dzieciaków.
W Mwanzie stwierdziłam, że w Polsce mocno za tym miejscem tęskniłam. Brakowało mi tego ruchu ulicznego, dala dala, ludzi, języka suahili , zakupów na targu… :) W Mwanzie zostaję do niedzieli – w niedzielę jadę do szkoły językowej suahili, gdzie spędzę ok. 3,5 miesiąca ucząc się języka suahili – który jest dla mnie niezbędny w późniejszej pracy. Pisać na blogu będę dalej więc nie wyrzucajcie mnie z „ulubionych stron” :)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i wiecie co - jestem szczęśliwa, że mogę być tu znowu :)
Karibu Tanzania tena!