Już w tamtym roku opisywałam na blogu dzień dla osób z problemami okulistycznymi u nas w przychodni. Mamy zaprzyjaźnionego lekarza okulistę , który raz w miesiącu przyjeżdża na konsultacje i także, jesli są – operacje. W tym miesiącu, czerwcu zorganizowaliśmy 2-dniowy eye-camp. Ogłoszenia poszły po okolicy więc we wtorek, pierwszy dzień zjawiły się tłumy, które mogły otrzymać bezpłatnie konsultację okulistyczną, leki oraz także operację i nocleg w szpitalu. Jedynym kosztem było „założenie” karty w przychodni (2000 szylingów czyli cale 4 złote) oraz zapewnienie sobie posiłku. Jak się potem okazało pierwszego dnia konsultacje z leczeniem otrzymało ponad 140 osób, ok. 50 osób zakupiło sobie okulary korekcyjne w cenie 5000 szylingów (10 zł) a 23 osób z kataraktą czyli zaćmą zostało zakwalifikowanych do operacji. Operacje zaczęliśmy we wtorek o godzinie 17.00. O godz. 22.00 po ok. połowie pacjentów padliśmy ze zmęczenia i zdecydowaliśmy że kolejna połowę dokończymy jutro. Ktoś zapyta - co położna wie o okulistyce? NIC, KOMPLETNIE NIC! :):):):) Ale sytuacja zmusza do nauki nawet tej abstrakcyjnej dla mnie dziedziny medycyny więc przez 2 dni bawiłam się w instrumentariuszkę na sali operacyjnej na zmianę ze studentami medycyny z Irlandii o których już wspominałam poprzednio. Operacja to nic w porównaniu z tym co działo się podczas odsłaniania bandaży, kiedy pacjenci z wielką radością mówili – WIDZĘ! Ile było radości, wzruszeń, ile pytań w tym czasie. Jedna babinka ok. 80-letnia, która oba oka (czy to jest poprawnie po polsku????) miała chora i od wielu lat nie widziała, pierwsze co powiedziała po zdjęciu bandaży to „Ninaona WAZUNGU” czyli „widzę białych ludzi” bo akurat stałam przed nią ze studentami medycyny. A kolejnie stwierdziła, że jest tak szczęśliwa że widzi, że chciałaby nas odwiedzić w naszym kraju :) Na zakończenie tych dni okulistycznych dostajemy piątkową Ewangelię gdzie Jezus mówi „ Lecz jeśli Twoje oko jest chore, całe Twoje ciało będzie w ciemności”. I choć wiemy, że to przenośnia dotykająca naszego życia duchowego to my, świadkowie odzyskiwania wzroku przez te 23 osoby widzieliśmy jak ważne dla tych ludzi było móc znów zobaczyć światło dzienne!!!
Z Isaackiem, o którym pisalam w poscie "Dar Zycia"
Jeden jedynie przypadek z tych 23 osób – 11-letniej Mwajumy – bardzo nas smuci. Przeprowadzić operację to połowa sukcesu, druga połowa to odpowiednia higiena. Pomimo opatrunku u Mwajumy wdało się zakażenie pooperacyjne do jej oka i 2 dni po operacji miała opuchliznę oka w wielkości jabłka antonówki. Niestety opatrunek nie pomoże gdy oko jest przecierane przez rodzinę brudnym a raczej powiedziałabym „niesterylnym” kawałkiem materiału. Zastosowane leczenie nie pomogło więc wczoraj przetransportowaliśmy ją do szpitala w Kahamie. Niestety, jak się okazało, zakażenie jest poważne i jest ok. 50% szans uratowania tego oka. Mwajuma nie umie pisać, nie umie czytać, nie umie nawet języka suahili tylko plemienny język sukuma. Nie poszła nigdy do szkoły ze względu na swoje problemy z oczami. Na drugie oko widzi ale bardzo słabo – także jest zaatakowane przez kataraktę. Operacja była dla niej szansą, z której skorzystała. 50% szans to wciąż dużo a teraz będzie przebywać pod specjalistyczną (mam nadzieję??) opieką . Reszta już jest w rękach naszego Stwórcy. MWAJUMA
Wczoraj, mimo, że byłam „off” zostałam wezwana do pomocy na oddziale bo przychodnia przeżywala oblężenie, mimo, że sobota. Ostatnia rzecz, którą zrobiłam było USG u kobiety w 3 miesiącu ciąży, skarżącej się na ból brzucha, gorączkę, wymioty. Z wyników krwi wyszło, że ma malarię ale podczas USG okazało się coś o wiele bardziej gorszego. Pacjentka była owszem w ciąży ale pozamacicznej. Dziecko zagnieździło się w jajowodzie i jakby nigdy nic „robiło maratony” kopiąc mamę co nie miara! co mogłam zauważyć na USG. Było równo 12 tygodni ciąży. W ciągu 5 minut kobieta siedziała już w ambulansie w drodze do szpitala rządowego w Shinyandze. Nawet sobie nie wyobrażam co by było… gdyby jajowód pękł razem z workiem owodniowym, podczas spokojnego bytowania sobie tej kobiety w wiosce na naszej półpustyni...
Naszym utrapieniem w ostatnich dniach jest tzw. dawa la kienyeji (suahili) . Gdy tylko to słyszę od pacjenta to wiem że będą kłopoty. Jest to mianowicie medycyna lokalna, ziołolecznictwo ale w tym złym tego słowa znaczeniu. Substancje te, napoje produkowane są przez samozwańczych „ziołolekarzy” z korzeni różnych roślin, z liści, kwiatów itd. Wciąż bardzo dużo ludzi Sukuma kupuje te lekarstwa na wszelkie dolegliwości, które mają. I „leki” te wcale nie są tańsze niż normalne lekarstwa. Ludzie je kupują ze względu na lokalne wierzenia, tradycje i wierzą, że to "wyleczy". W ostatnim tygodniu, dzień po dniu, mieliśmy 4 pacjentów - 3 dzieci (3,4 i 6 lat) oraz jednego 50-letniego mężczyznę. Wszyscy oni przybyli już w stanie nieprzytomności umysłu. Wszyscy z nich mieli przewlekłą malarię – czyli taką od ładnych kilku tygodni. Wszystkim mogliśmy podać tylko dożylnie chininę. Po 2 pierwszych zgonach dzieci okazało się, że obydwojgu zanim przyszli do przychodni rodzina podawała dawa la kienyeji . Mężczyzna w czasie podawania chininy odzyskał przytomność ale tylko po to by wymiotować ogromne ilość czarnej substancji ( czyt. poprzednio używanych dawa la kienyeji). Po kilku godzinach zmarł. Wtedy – 4 dnia gdy trafiło do nas 3 letnie dziecko z taką samą historią choroby, zmusiliśmy mamę do powiedzenia prawdy. Przyznała się że przez 2 miesiące podawali dziecku dawa la kienyeji. Dziecko było nieprzytomne. W obawie przed powtórzeniem się sytuacji po raz 4 – podaliśmy dziecku najpierw płyny infuzyjne w celu „oczyszczenia” jako-takiego organizmu z tych ziół. Po prawie 20 godzinach podaliśmy chininę. Po kilku godzinach stan dziecka się pogorszył i dziecko zmarło. To był 4 i ostatni zgon w poprzednim tygodniu. Wybór gdzie jest większe ryzyko i na co postawić jest bardzo trudny. Opcja pierwsza – podać jak najszybciej hininę by leczyć malarię ryzykując szybką śmierć gdy okaże się że lokalne leczenie to właśnie ten typ, który w połączeniu z hininą powoduje śmierć. Opcja druga – podanie płynów infuzyjnych przez np. jedną dobę a dopiero potem podać leki antymalaryczne ryzykując śmiercią osoby z powodu zaawansowanej malarii? Jedno jest pewne połączenie leków antymalarycznych z niektórymi lokalnymi lekarstwami jest bardzo niebezpieczne. Klucz jest przede wszystkim by rodzina powiedziała prawdę. Bardzo często rodzina nie przyznaje się do podawania tego typu leczenia bo mimo że mnóstwo osób to robi to jest to niejako temat tabu. Klucz numer 2- trzeba wiedzieć które z lokalnych ziół były użyte i które z nich wchodzą w niebezpieczne interakcje z lekami przeciwmalarycznymi? Zeszły czwartek tradycyjnie spędziłam na robieniu badań ultrasonograficznych dla kobiet. Już pod koniec przyszła kobieta, która zapytana przeze mnie w którym jest miesiącu ciąży odpowiedziała że „kiedyś to była w 5 a teraz to sama nie wie”. Zdziwiłam się bardzo na tą odpowiedź ale stwierdziłam że może nie zrozumiałam dobrze w suahili. Moja pierwsza diagnoza podczas badania USG – ta kobieta nie jest w ciąży. Nie byłam pewna gdyż pęcherz moczowy był zupełnie pusty więc poprosiłam ją by poszła się napić wody by w przypadku bardzo wczesnej ciąży móc cokolwiek zobaczyć. Już się nauczyłam że mam mówić konkretnie ze ma wypić 5 kubeczków wody bo jak powiem po prostu by się napiła to się napije – 3 łyki. Wróciła po prawie godzinie i znowu widzę na ekranie USG że ona na pewno nie jest w ciąży! Gdy jej powiedziałam, to stwierdziła, że to niemożliwe bo ona czuje jak dziecko kopie w plecach! Wtedy mnie zamurowało. Starałam się jej wytłumaczyć, że to niemożliwe bo ciąża może się tylko rozwijać w brzuchu łopatologicznie mówiąc, a nie na plecach! Pani nie dawała za wygraną! Między zdaniami powiedziała też, że w 5 miesiącu ciąży dostała dużego krwawienia z dróg rodnych i od tej pory dziecko jest z tyłu, przy kręgosłupie. Po kilku dobrych minutach stwierdziłam że mój suahili i znajomość kultury lokalnej nie są na tym poziomie by ją przekonać więc poszłam z nią do naszej felczerki. Jackie wiedziała od razu o co chodzi – w śród kobiet z plemienia Sukuma jest właśnie takie wierzenie, że gdy kobieta krwawi podczas ciąży to potem dziecko przemieszcza się w okolice kości lędźwiowej. Tłumaczą to sobie tym, że po prostu brzuch, który do tej pory był – teraz się zmniejszył. Patrząc na minę tej kobiety, gdy Jackie jej wytłumaczyła że to nie jest prawda, że to tylko sukumowskie legendy – zdawało mi się że Pani do końca nie zrozumiała, nie uwierzyła… W zeszły piątek przyjęliśmy na oddział 50-letnią kobietę, która skarżyła się na bardzo silny ból brzucha i wymioty-okazało się że to dur brzuszny. Jej wygląd też wskazywał, że może być chora na AIDS więc w sobotę zrobiliśmy jej test. Rzeczywiście – okazało się że jest chora. Powoli też po zastosowanym leczeniu czuła się lepiej i w niedzielę mieliśmy nadzieję że w poniedziałek wyjdzie do domu. W poniedziałek jest stan wyraźnie się pogorszył a my zastanawialiśmy się jak to możliwe. Jak się okazało w niedzielę po południu odwiedziła ją rodzina. I najprawdopodobniej te osoby podały jej śmiertelną truciznę. Powodem była choroba AIDS, która jeszcze przez wielu jest tu używana jako wstyd, tabu, powód do napiętnowania. Ponadto, mimo że kuracja ARV podtrzymująca system odpornościowy pacjenta chorego na AIDS, jest w Tanzanii bezpłatna to w kolejnych stadiach choroby pacjent wymaga większej opieki całej rodziny a także kosztów związanych z leczeniem innych chorób, które powstają na skutek obniżonej odporności organizmu. Dlatego też, często zdarza się, że rodzina „zabija niewidocznie” takie osoby. Tak stało się i tym razem. 100% pewności nie mamy bo nikogo nie przyłapaliśmy na gorącym uczynku ale zarówno objawy zatrucia jak i zeznania innych pacjentów leżących z ta kobietą na sali wskazują na otrucie. Agnes, bo tak miała na imię ta pacjentka zmarła nie doczekując poniedziałku popołudnia.
Przyjechał do nas też ok. 50-letni mężczyzna, który jak się okazało był chory na malarię i kiłę. Odmówił przyjęcia na oddział bo nie powiadomił rodziny a jest z bardzo z daleka. Jak potem powiedział, przyjechał do nas z Tabory – ok. 2 h samochodem od nas. Ten mężczyzna przyjechał …. na rowerze! Wyjechał z domu o godz. 5 rano by o 11 dotrzeć do nas. Badania, wyniki, oczekiwanie w kolejce do gabinetu – zajęło mu 3 godziny. A potem wsiadł na rower i pognał do domu – kolejne 6 godzin na rowerze by ok. 20 dotrzeć do domu. Powiedział, że to najbliższa i najlepsza prywatna przychodnia w OKOLICY!!! Wszędzie gdzie był w poprzednich PAŃSTWOWYCH – owszem dostawał wyniki badań ale co z tego jak nie było nigdy leków. Byłam w szoku… A czy ty, drogi czytelniku, jeszcze raz będziesz narzekał na kolejkę do lekarza albo w aptece? Albo, że autobusy stoją w korku, lub musisz czekać na autobus 15 minut? Doceńmy to co mamy, bo naprawdę nie zdajemy sobie sprawy w jakim dobrobycie żyjemy…
W ostatnią środę przyjechała też 4-ka studentów medycyny z Irlandii. Za rok kończą już studia. Teraz odbywaja miesięczny staż w Tanzanii. Przyjechali z głowa pełną wiedzy medycznej, ale chyba na jedno się nie przygotowali – że większość rzeczy, rozwiązań medycznych które mamy my Europejczycy dostępne – tu jest niemożliwa. Więc te ostatnie dni z nimi to ciągłe zaskoczenia, tłumaczenie, że 1 wenflon jest używany kilkakrotnie przez jednego pacjenta, że krople płynów infuzyjnych liczymy zegarkiem, że do ran po poparzeniach używamy miodu lub wazeliny, że nie mamy 80% leków, których oni się wykuli podczas zajęć z farmakologii. Ale poza tym są przemili, przesympatyczni, pełni zapału do pracy i pomocy a przede wszystkim otwarci ! na ludzi, na nowe, na szok, na radość, na kulturę, na Tanzanię…
Prawie wszyscy z personelu w przychodni na imprezie pożegnalnej dla Ewy
Ps. W odpowiedzi na Wasze pytania co do mojej koleżanki Eunice, a zarazem naszej "oddzialowej" - Eunice pod koniec kwietnia urodzila pieknego synka Pascala i poczatkiem lipca wraca po urlopie macierzynskim do pracy.
Ktoś kiedyś powiedział, że w Bugisi to czas jakby stanął w miejscu. Dla mnie ten czas pędzi jak szalony. 2 tygodnie temu skończyłam uroczyście kurs języka suahili w Musomie. Teraz już osiadłam w Bugisi i powróciłam do normalnej pracy w przychodni.
Ostatnie dni przyniosły dużo nowego doświadczenia medycznego. Może dlatego, że oddziały są przepełnione – i to były naprawdę przyjęcia w ciężkich przypadkach. Jak tylko mogę to siedzę z Jackie, naszą „mgangą” (odpowiednik felczerki kiedyś w Polsce) i wspólnie pracujemy w OPD. Oczywiście, że najwięcej jest osób z malarią, UTI (zakażenie układu moczowego), Amebą czy dzieci z niedożywieniem. Mam wrażenie, a może to tez taki tylko czas, że przychodzi coraz więcej osób zarażonych wirusem HIV. W czwartek, podczas kliniki dla ciężarnych, u prawie połowy przebadanych tego dnia kobiet, wynik na HIV był pozytywny. Na oddziałach także jest kilka osób w ostatniej fazie choroby AIDS. Któregoś dnia podczas obchodu przyjrzałam się jednemu z pacjentów, który zawsze cały był przykryty materiałem. Pod prześcieradłem wystawały tylko zarysy jego kości biodrowych i gdy sobie to uświadomiłam nie mogłam uwierzyć że można być tak chudym. Ten 30kilkuletni mężczyzna zmarł na AIDS w zeszłą sobotę.
Któregoś późnego wieczora poszłam jeszcze do kliniki na oddział i właśnie przyszło małżeństwo z dzieckiem jednomiesięcznym. Dziecko zawinięte było w różne szmatki. Gdy je odsłoniłam nie mogłam uwierzyć własnym oczom – tak bardzo chudego dziecka jeszcze nie widziałam. Nieraz w różnych kampaniach promujących pomoc Afryce „mądrzy” ludzie pokazują zdjęcia wygłodzonych dzieci, skórę i kości, jako „wizytówkę biednej Afryki” by zachęcić ludzi do pomocy Afryce. ( Nie będę rozwijać tego tematu ale stanowczo jestem przeciw takiemu uogólnionemu obrazowi Afryki reklamach i mediach). Ale właśnie takie wygłodzone dziecko, skórę i kości zobaczyłam wtedy. Było w bardzo ciężkim stanie, wygłodzone, nieprzytomne, z problemami oddechowymi. Zmarło po kilku godzinach.
Innego dnia przyszła tez kobieta do porodu. Zaczęła rodzić w domu, po 1 dniu odpłynął płyn owodniowy, pozostała w domu przez kolejne 2 dni z czynnością skurczową, przyszła dnia 4-tego i urodziła u nas w klinice. Dziecko wyglądało na wcześniaka i miało bardzo poważne problemy z oddychaniem a do tego malarię. Jedynie co mogliśmy zrobić to podać sterydy przyspieszające dojrzewanie płuc. Z dnia na dzień stan dziecka się poprawiał aż w końcu po ponad tygodniu wyszli do domu chociaż jaki będzie dalszy rozwój dziecka – nie wiemy.
Isaack – 10-letni chłopiec, wnuczek słynnego w parafii Bugisi Mzee Antoniego, chory na AIDS. Jego rodzice zmarli już dawno temu z tego powodu. Z wielką nadzieją codziennie badaliśmy mu codziennie poziom Hemoglobiny we krwi – w przeszłości jego rekordy ok. 4.0 g/dl spowodowały, że już 3 krotnie miał przetaczaną krew. Gdy przyszedł w zeszłym tygodniu wynik wskazywał 4,5 (poniżej 5 zawozimy na transfuzje krwi). Próbując oszczędzić mu kolejnego cierpienia a przede wszystkim pieniędzy dziadków ( zresztą co tu oszczędzać jak nic nie mają) podaliśmy póki co żelazo mając nadzieję że „jutro będzie lepiej” i że to była dobra decyzja. I było – kolejne dni to poziom hemoglobiny 5,1-5,5 i dla Isaacka znacznie lepiej już nie będzie. Isaack został jeszcze parę dni na obserwacji a potem wypisaliśmy na prośbę dziadków.
Podczas piątkowych spotkań dla chorych na AIDS, przyjeżdża do nas doświadczony felczer – ma każdą specjalizację w ręku – no prawie każdą. W zeszły piątek zrobił dla nas 2 zabiegi – pierwsze ekstrakcji zęba – czyli po prostu wyrwanie – mamy w przychodni jeden zestaw narzędzi stomatologicznych :) A drugi zabieg to uwaga – OBRZEZANIE mężczyzny. I tak jak obrzezanie kobiety w Tanzanii jest prawnie zakazane tak mężczyzn do obrzezania ministerstwo zdrowia zachęca. Jackie, nasza felczerka powiedziała mi że przeprowadzono nawet jakieś badania w Tanzanii, które wykazały, że obrzezani mężczyźni rzadziej zarażali się wirusem HIV. Ile w tym prawdy jest nie wiem – nie widziałam żadnej publikacji tych badań, trudno mi tez sobie wyobrazić mężczyzn którzy poddają się temu badaniu niosącemu ryzyko zarażenia ale być może… W każdym bądź razie u nas w przychodni obrzezanie kosztuje całe 5000 szylingów czyli 10 zł. Na początku gdy Jackie mi powiedziała że będę asystować temu felczerowi przy zabiegu powiedziałam że nigdy w życiu! Starałam się jej wytłumaczyć że temat obrzezania to dla mnie za duży „szok kulturowy” by zrozumieć a co dopiero uczestniczyć w tym. Ale w końcu, nie wiem jak, ale przekonali mnie i tak zostałam na zabieg. Wyglądało okropnie i chyba też tak ten 30letni mężczyzna się czuł. Na szczęście dostał znieczulenie miejscowe, ale nie chce sobie wyobrażać co czuł jak znieczulenie przestało działać :)
W ostatnim tygodniu, 3 dni pod rząd, przychodziły pacjentki z poronieniem. Zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy przeprowadzam albo ja albo Jackie w naszym gabinecie zabiegowym. Nie mamy umiejętności ani możliwości więc nie znieczulamy kobiety. ( Na szczęście dzielne są jak mało kto!) Pamiętam, podczas praktyk na studiach wielokrotnie asystowałam przy zabiegu wyłyżeczkowania, czy to po porodzie przy niekompletnym łożysku, czy też podczas zabiegów po poronieniu. Nigdy wtedy nawet nie pomyślałam, że w niedalekiej przyszłości praca w Bugisi zmusi mnie do wykonywania tego zabiegu ze względu na brak innego, wykwalifikowanego personelu. Oczywiście nie jestem sama – jestem z Jackie – zawsze sobie asystujemy i konsultujemy ale czy 23 letnia położna i 25 letnia felczerka mogą powiedzieć, że robią to tak profesjonalnie jak lekarze ginekolodzy ? Nie. Ale robimy to najlepiej jak możemy, zgodnie z wiedzą którą posiadamy, w warunkach które są dostępne, patrząc co jest większym ryzykiem dla pacjentki. Apropo jeszcze narzędzi – mieliśmy 5 łyżek przeznaczonych do wykonywania tego zabiegu, dziś już jest tylko 1 – i to najmniejszy rozmiar. Pozostałe zostały przez ”kogoś” skradzione i sprzedane lokalnym pseudolekarzom, którzy wykonują aborcje w okolicy…
Nasza sala porodowa
W czwartek mieliśmy tez poród młodej 20-letniej pierworódki. Poród postępował bardzo wolno ale mimo wszystko postępował, a i z dzieckiem wszystko było w porządku. Regularna czynność skurczowa rozpoczęła się w środę rano, w czwartek przy obchodzie było 8 cm, z niecałkowicie zgładzoną szyjką macicy ale z zachowanymi wodami płodowymi. Cóż – było już blisko. Jedynie co to czynność skurczowa znacznie osłabła wiec zaproponowałam dziewczynie naturalne sposoby w celu produkcji naturalnej oksytocyny ( położne będą wiedzieć o co chodzi). Pomogło! Czynność skurczowa powróciła. Ostatnie 2 centymetry do pełnego rozwarcia trwały 2 godziny ale chyba dzięki pozycjom wertykalnym, które zaczęłam wprowadzać. Koleżanki z pracy nazywają je nie „pozycje wertykalne” ale pozycje a la Monika :):):) w każdym bądź razie doszliśmy do pełnego rozwarcia, czynność skurczowa regularna, co ok. 2-3 minuty. Patrząc na brzuch rodzącej przewidywaliśmy nie więcej jak 2,6 kg dziecko. Niestety dziecko okazało się duże jak na mamę - 3,7 kg! Mama o posturze bardzo drobnej, wręcz jeszcze dziecięcej. 3 rzecz- koleżanka pielegniarka naciskająca na brzuch (!sic! ) pomagająca tej kruszynie urodzić dziecko. Finałem tych 3 czynników była poważna dystocja barkowa ( w dodatku przy ściśle owiniętej pępowinie wokół szyi), która ustąpiła dopiero po 3 próbie manewru McRobertsa ( nie wspomnę o wielkim szoku u koleżanek ‘pielęgniarek’ gdy go wykonałam – one nie mają pojęcia o postępowaniu przy dystocji). Dziecko urodziło się na 3 punkty w 1. minucie. Razem z Jackie, która przybiegła w ostatniej chwili, zaczęłyśmy reanimację krążeniowo – oddechową. Ona robiła masaż serca, a ja wentylację workiem Ambu. Udało się! Powróciło krążenie i po kilku dobrych minutach niemowlę było w naprawdę dobrej kondycji. Po każdej takiej kryzysowej sytuacji widzę i wiem, że nad nami zawsze KTOŚ czuwa, że to ON się troszczy, daje nam siłę, świeżość umysłu i wiarę że się uda, że to dziecko będzie żyć, pomimo ciężkiego porodu w takich warunkach… Że On troszczy się o każdego naszego pacjenta . Dziękuję Ci Boże!
W Niedzielę Palmową, rozpoczynającą Wielki Tydzień zamiast kolorowych, pięknych, polskich palemek trzymaliśmy w dłoniach wielkie gałęzie palmowe, zerwane z prawdziwej palmy. Mogłam sobie tylko wyobrazić że właśnie takie palmy były też prawie 2000 lat temu w Jerozolimie. Niektórzy, szczególnie dzieci, plotły z gałęzi przeróżnej wielkości i w różnym stylu krzyże, które następnie zawieszały na szyję bądź po prostu trzymały w ręku. Ja nie mam zdolności by tak pięknie pleść z liści palmowych jak oni, więc dzieci podarowały mi gotowy już krzyż z palmy. Podczas procesji upamiętniającej przyjazd Pana Jezusa do Jerozolimy wszystkie palmy i krzyże podniesione do góry, stworzyły zielony las nad naszymi głowami.
W Wielki Piątek parafialna droga krzyżowa rozpoczęła się o godzinie 15. Odbyła się ona na terenie naszej parafii, ok. 2km oddalonym od kościoła. Ciężko określić to miejsce, bo są to tereny niezaludnione, dodatkowo półpustynne. Między kolejnymi stacjami szliśmy z tłumem, po drodze mijając kolczaste krzaki i rzadkie trawy, co chwile zakopując się delikatnie w piachu pustynnym. Ludzie przybyli tłumnie, myślę że wszystkich razem było ok. 1000 lub więcej. Nie wszyscy jednak przyszli w celu upamiętnienia Męki Pana Jezusa. Przyszło bardzo dużo osób innych wyznań, w tym nawet Muzułmanów oraz dzieci. Wszyscy oni mieli na celu obejrzeć jedynie „przedstawienie” wykonane przez młodzież z parafii Bugisi. Dla dzieci była to też zabawa uciekając przed „żołnierzami”, którzy z jednej strony szli wraz z Jezusem a z drugiej gałęziami, które trzymali w dłoniach, bili ludzi, dzieci zbliżających się za blisko do aktorów. Nie dało się oprzeć wrażeniu, że specjalnie podchodzili blisko strażnika, zaczepiając go by następnie jak najszybciej uciekać przed świstającymi gałęziami. Każda stacja Drogi Krzyżowej zawierała krótka modlitwę, rozważanie a ostatnie 3 stacje odbyły sie już w kościele parafialnym zewnętrznym. Kościół główny, zabudowany jest za mały by pomieścić tak dużą ilość więc podczas Świąt lub specjalnych okazji Msze odbywają się w kościele zewnętrznym, zbudowany jedynie z dachu, betonowych ławek i ołtarza. W Nabożeństwie uczestniczyli wciąż nie tylko katolicy ale także wszyscy uczestnicy Drogi Krzyżowej. Widać to szczególnie podczas Adoracji Krzyża, do którego podeszła o wiele mniejsza ilość osób niż, która była obecna w kościele. Przed Eucharystią jeszcze prośba skierowana do ludzi by nie-katolicy nie podchodzili do Komunii Świętej – co się nieraz zdarza – czasem z ciekawości, czasem „za tłumem” i z wielu innych powodów. Szczególnie gdy pojawia się tak dużo nowych osób w kościele, ciężko nad tym zapanować.
Wielka Sobota, od rana dla mnie i dla Joli, z którą tu mieszkam, to podobnie jak w Polsce – przygotowanie święconki i świątecznych wypieków. Choć wiedziałyśmy, że będzie to jedyna święconka w Parafii a tak globalnie, to jedyna w promieniu kilkuset kilometrów to cieszyłyśmy się, że trochę polskości udało nam się „przemycić” w te Święta. W naszej święconce znalazły się nie tylko pisanki i kraszanki, ale także trochę chleba i polskiej szynki, babeczki , oraz lokalne owoce. Święconkę, poświęconą prze Proboszcza Parafii zgodnie z polską tradycją odstawiłyśmy na niedzielne śniadanie. Wigilia Paschalna rozpoczęła się Liturgią Światła o godzinie 21. Następnie wszyscy zgromadzili się w kościele zewnętrznym, który pomimo tego, że nie ma ścian to i tak „pękał w szwach”. Tego dnia przyszło jeszcze więcej osób niż wczoraj, głównie za sprawa dzisiejszych chrztów. Zgromadzili się więc nie tylko rodziny i znajomi katechumenów ale podobnie jak wczoraj mnóstwo dzieci oraz osób innych wyznań. Niestety większości „obcych” brakowało szacunku do Mszy Świętej ponieważ nieraz trzeba było przerwać Mszę z powodu krzyków, śmiechów, rozmów i ogólnie mówiąc „dobrej zabawy” osób przybyłych „by popatrzeć”. Pomocą byli także rozstawieni w różnych miejscach osoby specjalnie wyznaczone do pilnowania porządków. To oni starali się uciszyć ciekawskich a niektórzy wręcz używali kija by uspokoić wygłupiających się pod ołtarzem dzieci. Bardzo ważnym punktem Wigilii Paschalnej były chrzty 75 osób dorosłych i młodzieży. Sam obrzęd chrztu trwał prawie 2 godziny. Katechumeni ubrani na biało, byli chrzczeni w towarzystwie jednego tylko chrzestnego. W lokalnej tradycji chrzestny/chrzestna musi być tej samej płci co katechumen. Tak więc kobiety miały tylko Mamy Chrzestne, a mężczyźni tylko Ojców Chrzestnych. Zaraz po zakończonym obrzędzie chrztu świętego w kościele wybuchła euforia na cześć nowo ochrzczonych. Oni zaś, stojąc w głównej nawie kościoła, przyjmowali życzenia i błogosławieństwa od swoich rodzin i znajomych. Otrzymywali także od nich popularne tu wieńce na szyję, podobne do „hawajskich” choć zrobione ze sztucznych kwiatów i świecących ozdób. Rozpoczęły się tańce, śpiewy tradycyjnych pieśni w języku Sukuma, już przez wielu zapomnianym. Była to dla wszystkich bardzo wzruszające przeżycie, także dla mnie, bo widziałam po raz pierwszy osoby dorosłe, starsze a niektóre naprawdę już w bardzo podeszłym wieku, wstępujących do kościoła katolickiego. Następnie przyjęli oni także swoją Pierwszą Komunię. Kończące Nabożeństwo „Alleluja” zostało zaśpiewane przed godziną 2 w nocy. Pomimo tak późnej a może już wczesnej pory, nie wszyscy powrócili od razu do swych domów. Większość osób jeszcze na długo zostało w kościele, tańcząc, śpiewając, świętując Zmartwychwstanie Pana Jezusa. Kładąc się przed godziną 3 spać wciąż słyszałam muzykę i śpiewy z kościoła…
Niedziela Wielkanocna rozpoczęła się dla nas polskim śniadaniem wielkanocnym. Następnie udaliśmy się na Mszę, na której chrzest przyjęło kolejne 35 dzieci w różnym wieku. Kościół już nie był taki wypełniony jak wczoraj, ale radość z nowo ochrzczonych była także wielka. W ciągu tych dwóch dni w sumie chrzest w naszej parafii przyjęło ok. 300 osób. Ja byłam świadkiem tylko tych odbywających się w kościele parafialnym, pozostałe odbywały się w kilku wioskach, kaplicach dojazdowych, niektóre oddalone nawet o 40 km od centrum parafii. W Tanzanii Niedziela jest ostatnim dniem Świąt, nie obchodzi się tak uroczyście Poniedziałku Wielkanocnego jak w Polsce, a już na pewno nie ma tradycji Śmingusa Dyngusa. I gdyby ktoś kiedyś ją chciał wprowadzić – na pewno by nie przetrwała. Bo jak polewać się dla zabawy wodą, gdy wody nie ma nawet do picia.
Świadomość że już minął cały miesiąc od ostatniego wpisu na blogu oraz naciski znajomych zmobilizowały mnie do zrobienia nowego wpisu:) Tylko ja tu teraz streścić to wszystko co się wydarzyło, co było mi dane zobaczyć, usłyszeć, doświadczyć, w kilku zdaniach?
Tak się złożyło, że było mi dane ostatnio dużo podróżować choć bynajmniej nie w celach turystycznych:) Tydzień na przełomie lutego i marca był tygodniem wagarów. Najpierw musiałam pozałatwiać różne dokumenty w Bugisi więc wybrałam się tam autobusem – w sumie ok. 7h drogi z przesiadką w Shinyandze, na szczęście beż żadnych przygód. Nie licząc tego że pod koniec podróży straciłam cierpliwość kiedy godzinę jeździliśmy dala dala po Shinyandze szukając pasażerów bo nie możemy jechać dopóki dala dala nie będzie PEŁNA! I jeździliśmy prawie godzinę pomimo że jak wsiadałam to kierowca powiedział że już startujemy. Po prawie godzinie zdesperowana biegnącym czasem i opóźnieniem „poprosiłam” o zwrot pieniędzy (była to prośba ale moją desperacje i wściekłość mógł kierowca wyczytać z twarzy:) ) i wysiadkę. To go ruszyło bo po 2 minutach byliśmy już w drodze do Bugisi. Jak to wspaniale wrócić do swojego drugiego domu!! Choć tylko na chwilę ale jaka radość z zobaczenia znajomych, przyjaciół, znajomych miejsc. Obeszłam w sobotę domy wszystkich znajomych, przyjaciół i żałowałam, że już jutro wyjeżdżam. Ale wracam, już wkrótce wracam!!!!! I się doczekać nie mogę:) Bugisi w porze deszczowej jest przepiękne, choć zieleni wkoło nie jest za dużo-w końcu półpustynia. Następne dni spędziłam w Mwanzie gdzie odbyło się oficjalne zgromadzenie wszystkich członków SMA regionu Tanzania. Więc było debatowanie, praca w grupach, ustalanie priorytetów na dalszą pracę misyjną. Udało mi się też wtedy pojechać do jedynego fryzjera w Mwanzie, który „umie” obcinać włosy „białych” osób. I nie chodzi raczej o talent do obcinania a po prostu o to inny rodzaj włosów. W każdym bądź razie nadszedł czas na ścięcie dreadów i po raz pierwszy w życiu (poza narodzinami) nosić krótkie włosy. I czuję się w nich bardzo komfortowo a ponadto są oszczędne w tych warunkach: mało wody, mało szamponu, szybko schną, nie jest w nich gorąco no i no nie trzeba się martwić jak je ułożyć i spiąć.
Następnie wróciłam do szkoły na tydzień, podczas którego więcej nadrabiałam to co opuściłam przez ostatni tydzień. Minęło strasznie szybko a w piątek zaczynaliśmy już przerwę semestralną. Ja postanowiłam spędzić ten czas w Arushy, na Parafii SMA Moita Bwawani. Jest to dosyć daleko od miejsca w którym obecnie przebywam. Były 3 opcje dojazdu: 1. autobusem drogą przez 2 Parki Narodowe ( ze względu na parki-płaci się też bilety wstępu więc w sumie wychodzi ok. 250$ i droga trwa ładnych kilka godzin), 2.opcja to także autobusem ale ze względu na kondycję tej drogi, autobusów na tej trasie, częstość wypadków – nie mogłam nią jechać – tym bardziej, że byłam sama a podróż trwałaby ok. 14 godzin (bez żadnych niespodzianek). 3 opcja – godzina lotu samolotem- co wychodzi taniej niż autobusem przez parki narodowe ( paradoks?) .
Ja wybrałam tą ostatnią opcję więc wpierw musiałam się dostać do Mwanzy w piątek popołudniem. Pojechaliśmy we trójkę – Ja, Krystina z USA oraz Stefano z Włoch. Dojechaliśmy na dworzec autobusowy w Musomie w ostatniej chwili i okazało się że są ostatnie 3 miejsca wolne na końcu autobusu. Potem się okazało, że w sumie dosiadły się do nas kolejne 3 osoby więc siedzieliśmy ściśnięci jak banany ( chyba się nie używa określenia jak banany jak ktoś jest ściśnięty ale ja to pożyczam zawsze z j.suahili bo ściśnięcie tłumaczy się na „tunabanana”. Pod nogami gdakały kury sąsiadów a te które się nie zmieściły lądowały w luku bagażowym. Już po pierwszych kilometrach zorientowaliśmy się że kierowcę chyba trochę ponosi fantazja bo nie hamował na tzw.bumpach czyli po prostu leżących policjantach, których na tanzanijskich ulicach pełno. Stworzone są po to by właśnie tacy idioci jak nasz kierowca nie pędzili z zawrotną szybkością przez wioski i miasteczka gdzie na ulicach bawią się dzieci a stada, po co najmniej 100 krów, przechodzą co chwila przez jezdnię. Jak widać – na takich idiotów nie ma mocnych. Wracając do bumpów, powinny się raczej nazywać „jumpy” (jump – ang. skakać) bo autobus i wszystko w nim skakało. Szczególnie my – na ostatnim siedzeniu. Na nic zdały się narzekania ludzi by zaczął zwalniać na bumpach. Na jednym z nich wyskoczyliśmy w górę i spadając na siedzenie rozcięłam sobie łokieć o blaszaną ramę otwartego okna. Na szczęście jako położna mam ze sobą zestaw opatrunkowy więc tą na pozór niegroźną a jak się potem okazało głęboką ranę udało się zaopatrzyć i zatrzymać krwawienie . W polskich warunkach może bym pojechała na zszycie ale tu o tym nawet nie myślę. O bólu nie wspomnę, bo jeszcze teraz po 2 tygodniach nie mogę siedząc opierać się na tym łokciu. Odetchnęłam z ulgą kiedy znaleźliśmy się w Mwanzie. Nie wiedziałam jednak, że to dopiero początek moich przygód w podróżowaniu. Noc spędziłam w naszym domu w Mwanzie a w sobotę leciałam zgodnie z planem do Arushy. Podczas lotu wszystko było w porządku dopóki nie zbliżaliśmy się do Arushy. W okolicach góry Meru weszliśmy w takie turbulencję, które sprawiły że przestałam lubić to „bujanie się” w samolocie. Dobrze, że trzymały mnie pasy bo w kilkakrotnie wszyscy wyskoczyli do góry i gdyby nie one to oprócz łokcia miałabym jeszcze rozbitą głowę. Następne atrakcje nie były tak ekscytujące – spotkałam się z Johnem, który odebrał mnie z lotniska, pojechaliśmy potem po Arka i Dorotkę, która właśnie przyleciała do Tanzanii i razem z Arkiem jechali autobusem z Dar Es Salaam. Wieczorem zajechaliśmy do Moita Bwawani czyli Parafii Johna i Arka SMA , którzy pracują tam już od 6 lat a ja spędzę tam najbliższy tydzień, starając się choć trochę dotknąć kultury i życia plemienia Masajów.
W niedzielę pojechałam z Arkiem i Dorotą na 2 wioski dojazdowe na 2 Msze Święte. Szczególnie ta druga wioska jest oddalona bardzo daleko od centrum Parafii – mijając kolejne bezdroża sawanny zastanawiałam się nad życiem Masajów w tym regionie – tak cichym, tak oddalonym od „cywilizacji” ale przecież to wcale nie przeszkadza im być szczęśliwym. Wręcz przeciwnie – o ile wspanialsi i szczęśliwsi są oni, nie mający tych wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, które czasem bardziej psują życie niż je polepszają. Druga Msza zgromadziła może mniej ludzi niż ta pierwsza parę kilometrów ale wystarczyło by zapełnić po brzegi wybudowaną kapliczkę oraz ożywić przepięknym tańcem i śpiewami w języku masajskim Mszę Świętą.
Po Mszy najpierw poszliśmy na miejsce budowanej właśnie przychodni zdrowia, w której już wkrótce ma zacząć pracę pielęgniarka. Ma tam być mały gabinet zabiegowy mogący służyć także jako sala porodowa dla Masajek. Patrząc póki co na tą konstrukcję przypomniały mi się słowa piosenki: „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco….” :)
Pośród Masajów :)
Wróciliśmy do domu dosyć późno, zmęczeni upałem i podróżą ale szczęśliwi ze spotkania z parafianami. Szczególnie dla mnie to był pierwszy kontakt, pierwsze zetknięcie się z kulturą i życiem Masajów.
Poniedziałek spędziliśmy także na wioskach, tym razem odwiedzając parafian w domach, znajomych Dorotki, która w Moita Bwawani była już 2 raz i jak się to mówi, stara miłość nie rdzewieje :) więc odwiedziny starych znajomych były konieczne.
Musiałoby mi braknąć pokory a i chyba zdrowego rozsądku by po tych paru dniach napisać tu piękny esej o kulturze plemienia Masajów. I chociaż Arek podczas tych kilku dni opowiedział mi dużo o tym plemieniu to było to za dużo by to wszystko zapamiętać a tym bardziej przekazać Wam na blogu. Poza tym ta kultura jest tak bogata, że nawet po miesiącu czy po roku nie ośmieliłabym się powiedzieć że „ZNAM” Masajów. Nie znam… dotknęłam tylko cząstki. Dowiedziałam się, że to lud obecnie pół-koczowniczy. Żyją w grupach kilkunastoosobowych w gospodarstwie gdzie centralnym miejscem jest zagroda dla krów. W koło niej są domki dla żon Masaja, Masajowie z natury są poligamistami. Kobiety nie są o siebie zazdrosne tym bardziej, że i tak bogactwem każdego Masaja są nie żony lecz krowy. Im ich więcej tym bardziej bogaty jest Masaj. Masajowie uważają, że są wybrani przez Boga jako opiekunowie bydła. Oprócz bydła hodują także kozy. Kur ani innego ptactwa nie hodują ponieważ ptactwo, inaczej niż bydło nie pójdzie w stadzie za swym właścicielem. W sytuacji zmieniania miejsca gospodarstwa kury trzeba by nieść na rękach by je wciąż zatrzymać w swoim gospodarstwie. Więc po co takie zwierzę, które nie pójdzie za mną a ja muszę je jeszcze nosić? Krowy… krowy są najważniejsze. Jeszcze kiedyś podstawowym pożywieniem Masajów było mleko, a napojem herbata z mlekiem. Nie uprawiali ziemi – mleko pochodzące od krów było najważniejsze. Dziś to się zmienia – spożywają też inne posiłki. A w co wierzą? W Boga – jedynego ( są monoteistami) ale w postaci kobiety, ponieważ w gramatyce języka Maa którym się posługują, Bóg odmienia się tylko w rodzaju żeńskim. Ponadto jest czarny – bo chmury przynoszące deszcze są czarne, deszcz to trawa, trawa to życie krów, życie krów to życie Masajów.
Dom Masaja zwany bomą ulepiony jest z … oczywiście krowiego łajna :) Budową ścian zajmują się Masajki a dachem Masajowie. Boma ma kształt okręgu, w jego centrum zazwyczaj jest małe palenisko, a wokół ścian miejsce do spania dla kobiet z dziećmi a drugie dla mężczyzny. Miejsce do spania to czasem łóżko, czasem stelaż z patyków przykryty skórą lub jakimś materiałem, a czasem jakieś klepisko na podłodze.
Spotkałam też kilku chłopaków, młodych Masajów którzy są Wojownikami, tzw Moranami. Obrzezania dotyczy w tym plemieniu zarówno chłopców jak i dziewcząt, choć zdarzają się już przypadki odmowy obrzezania ale w takiej sytuacji trzeba raczej uciekać bo tradycja a w związku z tym ludzie, starszyzna potępiają osobę, a także czasem i rodziców którzy nie chcą obrzezać swojego dziecka.
Co do porodów bo i o tym się troszkę usłyszałam, kobiety zazwyczaj rodzą w swoich domach; przy porodzie towarzyszą jej najbliższe kobiety i zazwyczaj jedna z nich, akuszerka, mająca jakieś doświadczenie w przyjmowaniu porodów, przyjmuje na świat dziecko. Po porodzie kobieta przez 6 miesięcy zostaje w swoim domu i zajmuje się TYLKO nowonarodzonym dzieckiem. Wszystkie codzienne sprawy pomagają jej robić inne kobiety. Ponadto przez te 6 miesięcy kobieta nie obcina włosów. Bo zazwyczaj Masajowie mają ogoloną głowę. (Włosy długie mogą mieć tylko w 2 przypadkach: po urodzeniu dziecka oraz młodzi wojownicy. ) Dziecko po urodzeniu jest opluwane przez zgromadzone przy porodzie kobiety. Oplucie jest w kulturze Masajów błogosławieństwem. Podobnie jak położenie reki na głowie dzieci. Na początku swojego pobytu wśród Masajów zastanawiałam się czemu dzieci podchodzą zawsze ze spuszczoną głową - Arek szybko wytłumaczył że przychodzą po rękę czyli by przywitać się z nimi kładąc rękę na głowę, jako także ich błogosławieństwo.
Po prawej, z dłuższymi włosami i bez biżuterii - młoda mama.
Masajowie dziś często migrują w inne części Tanzanii – za pracą oczywiście. Już kiedyś tu pisałam, że ze względu na swoją wrodzoną niebywałą czujność są zatrudniani jako mlinzi (swh) czyli stróże. Niestety wciąż są przez inne plemiona, albo ludzi z miasta uważani za „podludzi” bo „śmiesznie wyglądają, śmiesznie się ubierają, śmieszny mają język, śmierdzi od nich krowami i itd. Itd.” Dla mnie jednak czas wśród nich spędzony, ta możliwość dotknięcia ich kultury , ich życia była dla mnie niesamowitym doświadczeniem, lekcją ale i wielką radością bo mimo że mieszkam od nich tylko kilkaset kilometrów, wśród ludzi Sukuma to wydaje mi się że to jest jakby inny świat. I pełna podziwu jestem dla nich, tak mocno utwierdzonych w swojej tradycji i świadomych swojej wartości. Bo mimo, że przez wielu pogardzani, Masajowie dumni są z tego że są Masajami !
Krater Shimo la Mungu - tzw. Dziura Boga
To chyba skrót tego co udało mi się usłyszeć oraz zapamiętać. Wiem, że wiele rzeczy zapomniałam być może coś lekko przekręciłam-jeśli tak to Arek wybacz i popraw mnie proszę :) jako autorytet i znawca „masajowa” :)
Środę i czwartek zostałam sama w domu bo Arek, Dorotka i John wspinali się na Górę Meru. Środowe i czwartkowe przedpołudnia spędziłam w misyjnym przedszkolu masajskim. Dzieciaki przywitały mnie pierwszego dnia słowami: Good morning Father John! :)
Dzięki balonom które dostałam, od Dorotki, Radka i Dawidka ( pozdrowienia! ) zorganizowałam kilka prostych zabaw z dzieciakami. Balony chyba na całym świecie wyzwalają w dzieciakach masę radości – ten kto wymyślił balony niech będzie błogosławiony!
W piątek mieliśmy się spotkać w Arushy wieczorem, przenocować a w sobotę rano już wracałam z powrotem do Mwanzy. Moita Bwawani znajduje się ok. 25 km od Arushy. Droga najpierw 20 km, prosta, utwardzona, przystosowana do wywrotek, które jeżdżą tą trasą po piach wydobywany niedaleko. Po 20 km jest skręt do Moita Bwawani i droga przez kolejne 6 km przecina raz po raz wyschnięte koryta rzek. Oprócz tego że jest nieutwardzona to jest chyba na najgorszym rodzaju z możliwych gleb – w czasie pory suchej jest ok. Ale gdy tylko spada deszcz staje się jak bagno, lub jak smoła, która przylepia się do samochodu, czy do butów tak że człowiekowi trudno przejść a o jeździe można w ogóle zapomnieć.
Z jak wielkim przerażeniem więc obserwowałam deszcz? ulewę? oberwanie chmury? a może po prostu początek pory deszczowej, który przyszedł w czwartek wieczorem i LAŁO nieprzerwanie przez 5 godzin? Zasypiałam z modlitwą na ustach by jakoś dostać się do Arushy. Gdy wstałam rano zaniemówiłam patrząc na mokrą całkowicie wkoło ziemię i ogromne kałuże. Ale wyjścia innego nie było – musiałam się dziś dostać do Arushy W drogę do Arushy wyruszyło ze mną 2 chłopaków – znajomych z Parafii, bardzo zaufanych i pomocnych oraz Mama Helenka, Masajka, sąsiadka która jechała do Arushy na zakupy. Potem dołączyli do nas inni, którzy próbowali się dostać tego dnia do Arushy więc byliśmy grupą ok. 10 osób. Emmanuel, jeden z chłopaków zaproponował, że pożyczy mi od sąsiadów kalosze. To było chyba jego natchnienie od Ducha Świętego bo gdyby nie to, to po moich sandałkach by tylko paragon został:)
Ruszyliśmy o godzinie 9 rano nie wiedząc ile nam ta wyprawa zajmie czasu. O ile pierwszy odcinek na górce był w porządku o tyle po zejściu z górki rozpoczęła się prawdziwa zabawa w błocie po kolana. Kalosze obciążone przyklejonym błotem przybrały na wadze a całą uwagę trzeba było skupić by się nie przewrócić, poślizgnąć przemierzając sawannę po deszczu. Poszliśmy skrótem, ale nie ominęło nas przejście wpław 4 rzek - dzięki Bogu nie było głęboko więc można było przejść a nie przepływać bo jako że pływać nie umiem to bym utknęła przed rzeką i czekała aż woda opadnie. Po 5 km dotarliśmy do miejsca którym mieliśmy złapać ciężarówkę. Bo w tym miejscu jak się okazało publicznym środkiem transportu jest ciężarówka z piachem, średnia częstość jazdy: co pół godziny. Nie myślcie jednak że miejscówki są w kabinie – pasażerowie podziwiają piękno otaczającej przyrody z wywrotki z piachem a bardziej odważni – z dachu kabiny Przygotowałam się psychicznie na ta pierwsza opcję ale jak doszliśmy na miejsce zobaczyliśmy, że stoi jakaś dala dala więc przygoda z ciężarówką z piachem mnie ominęła:)
Przed samym miejscem postoju dali dali czekała nas do przeprawy jeszcze jedna rzeczka w której ponadto musieliśmy umyć wpierw pożyczone kalosze a potem siebie. Nie, nie – prysznica nie brałam ale doprowadzić do czystości moje nogi i ręce musiałam. Zresztą – wszyscy się myli. Po tej wymagającej trasie nie starczyło mi już odwagi i wyciągnąć aparat i zrobić zdjęcie – to byłoby chyba nie na miejscu patrząc na moich współtowarzyszy zmęczonych 2-godzinnym pokonywaniem terenów masajskich. Ja także miałam już dosyć. Ale kolejne 20 km przejechaliśmy wspomnianą dala dalą, potem zmieniając jeszcze 3 krotnie dala dalę dojechałam do domu Pana Edwarda – Polaka, który od ponad 60 lat mieszka w Tanznani. W młodości służył w armii generała Andersa a potem wraz z mamą przyjechał do Tanzanii i pracował w Tangeru obok Arushy, w obozie dla polskich uchodźców z Syberii. Dla wielu Polaków to człowiek historia, legenda, ostatni z żyjących obecnie Polaków pracujących kiedyś w Tangeru. W jego domu spędziłam całe popołudnie, słuchając jego historii, opowieści, poznając jego własnej roboty masarnie i wędzarnie. Wieczorem wrócili moi bohaterowi którzy przez 3 dni w deszczu zdobyli górę Meru. John zabrał nas tego wieczora do cyrku, który przyjechał z Dar es Salaam – przyjeżdżają raz do roku na kilka dni do Arushy. Show trwało jakieś 3 godziny i była to tylko akrobatyka ale chyba był to najlepsze szow cyrkowe jakie widziałam w życiu ! Wszystko w oprawie iście afrykańskiej bo cyrk się nazywa Mama Africa.
Sobota to już powrót do samolotem do Mwanzy – na samolot zdążyłam, turbulencji jak ostatnio nie było. W niedzielę powrót autobusem do szkoły – teraz też sobie nic nie uszkodziłam no i kierowca był normalny :) A więc witaj szkoło! Jeszcze kilka tygodni i wracam do Bugisi!!