poniedziałek, 26 marca 2012

Rodzice z "kontrolą" ;) no i wakacje :)

Tak, to niesamowite gdy twoi rodzice pokonują 13 000km by zobaczyć Twój drugi dom. Ja miałam to szczęście, że moi rodzice odważnie się na to zdecydowali i wraz z moją przyjaciółką Olą przylecieli do Tanzanii na 3 tygodnie. Niektórzy mówią, że nasze wspólne 3 tygodnie wyglądało jako 2 miesiące bo podczas tak krótkiego czasu zobaczyliśmy tak wiele i odwiedziliśmy tak wiele miejsc. Pozwólcie, że podzielę się z Wami naszym wspólnym urlopem i pięknymi miejscami w Tanzanii.
Zaczęliśmy od Zanzibaru gdzie spędziliśmy w sumie 5 dni. Zanzibar to wyspa należąca teoretycznie do Tanzanii choć praktycznie Zanzibarczycy podkreślają swoją niezależność od „stałego lądu” - mają osobnego prezydenta i rząd itd. Popłynęliśmy tam promem co było bardzo fajnym wyborem choć tym, którzy borykają się z chorobą morską – nie polecam! Mieszkaliśmy nad pięknym wschodnim brzegiem Zanzibaru w miejscowości Jambiani, godzinę drogi od stolicy zwanej także Zanzibar. Nasz dom położony był nad samą plażą albo raczej na plaży. Woda przepięknie lazurowa, miejscami widać piękną rafę koralową. Najciekawsze były dla mnie przypływy i odpływy – gdy kiedyś ktoś mi o nich opowiadał nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. A więc mogliśmy obserwować w ciągu jednego dnia 2 przypływy i 2 odpływy. Podczas przypływu woda sięgała ogrodzenia naszego domu . Podczas odpływu woda odchodziła w głąb na odległość ok. 1 km. Różnica między przypływem a odpływem wynosiła 6 godzin a więc np. o 6 rano był szczyt przypływu a następnie woda powoli „cofała się” tak, że o godz.12 w południe była najdalej wysunięta od brzegu. Potem zaczynała powracać tak że o 6 wieczorem znów plaża była cała w wodzie a 12 w nocy kolejny odpływ. Odpływ poranny to czas pracy dla wielu Zanzibarskich kobiet bowiem na dnie oceanu znajdują się całe pola, plantacje wodorostów, które sprzedawane na skup stają się źródłem dochodu wielu rodzin. Kobiety codziennie rano wychodzą w ocean by przesadzać, wiązać, pielęgnować, zrywać swoje wodorosty. Podczas odpływu woda sięga im do kolan. Czeka ich kilka godzin pracy, ograniczonych godzin bo zaraz gdy zaczyna się przypływ powoli zbierają się do domu a ich wodorosty zostają przykryte kilkumetrową wodą. I tak do następnego dnia. Praca ta jest bardzo ciężka, a jak mówią, za kilogram wodorostów dostają na skupie 400 szylingów czyli ok. 80 groszy. Do tego ciągła praca w wodzie, na prażącym słońcu. Ale nie tylko są mistrzyniami w plantacji wodorostów – są też mistrzyniami w poruszaniu się po wodzie, w której znajdują się ogromne ilości kolców. Ja pierwszego dnia byłam tak zachwycona odpływem że bez żadnego obuwia zaczęłam podążać za kobietami zbierającymi wodorosty dopóki nie weszłam całą stopą na miliony ruchomych kolców przyczepionych do dna. Jak już się WYKRZYCZAŁAM z bólu ( bo ból był nieziemski) to na pomoc przyszły kobiety by te kolce z nóg powyjmować. Te większe, np. 5mm to spoko ale co z takimi 1mm. Wyjęcie ok. 20 maluteńkich kolców zajęło mi dużo czasu choć i tak zostawiłam sobie ok. 10 których wyjąć nie byłam w stanie. Przez kolejne dni spacery po pięknej egzotycznej plaży musiały się odbywać kulejąco i z prędkością żółwia. Jeszcze miesiąc po tym wydarzeniu, już w Bugisi wyciągałam sobie kolejne kolce siedząco głęboko w stopie choć i tak jeszcze ze 4 zostały ale chyba już ich nie wyjmę, niech siedzi we mnie ta Afryka! :) Ta jednak sytuacja z kolcami nie zmieniła mojego zdania, że Zanzibar to jedno z najpiekniejszych miejsc na ziemi, które widziałam i wszystkim polecam!
Moje kochane kolce
Przypływ
Odpływ
Nasz "domek"
I widok z tarasu
Pola wodorostów
Hodowla wodorostów

W ciągu tych kilku dni na wyspie mogliśmy też podziwiać plantację przypraw Zanzibaru, z czego ta wyspa słynie. Wciąż jest tez jednym z największych eksporterów goździków na świecie.
Król Julian i jego Królewny w lesie przypraw :)


Z Zanzibaru przylecieliśmy ( to aż 1200km) na drugi „koniec” Tanzanii, nasz „koniec” bo to okolice Mwanzy i Jeziora Wiktorii. Mwanza to trochę już inny świat niż ten, który do tej pory nasi „goście” poznali więc doszły kolejne pytania, zachwyty, zagadki.  Z Mwanzy udaliśmy się do Serengeti, po drodze korzystając z gościnności naszych przyjaciół, ks. Wojtka Kościelniaka oraz Agatki Krupy na Misji Kiabakari w regionie Mara, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. A Serengeti, cóż... zachwycało każdym zwierzakiem, każdym widokiem. Widzieliśmy praktycznie wszystko co możliwie a najważniejsze dla mnie czyli żyrafki były na wyciągnięcie ręki. Safari to prawdziwa przygoda więc u nas też się nie odbyło bez niespodzianek gdy się zgubiliśmy na tych bezkresnych równinach i nie mogliśmy odszukać drogi do powrotnej. Inna niespodzianka to podenerwowany samiec słoń, który nas chciał trochę postraszyć :) Co tu więcej opowiadać, zobaczcie po prostu zdjęcia:)

Po Serengeti przyszedł czas na pokazanie mojego domu w Tanzanii czyli misji Bugisi gdzie mieszkam i posługuję. Przyjazd w czwartek, zwiedzanie naszych miejsc pracy, mojego i Joli czyli przychodni zdrowia i szkoły. W piątek zaś udaliśmy się na kigango czyli stacji dojazdowej parafii Bugisi. W Naszej parafii jest 29 kiganek czyli takich kaplic dojazdowych, do których tak często jak to możliwe udaje się ksiądz misjonarz z posługą pastoralną. Tak często tzn. ok. raz na 2/3 miesiące. Nie myślcie tylko, że wierni z każdego kiaganga udają się do swojego kościoła tylko raz na 3 miesiące. Wręcz przeciwnie! Prężnie działają wspólnoty parafialne, wszyscy spotykają się w każda niedziele w kaplicy na wspólnym nabożeństwie. Ogromną rolę odgrywają tutaj świeccy ludzie czyli katechiści (kobiety i mężczyźni). To oni gromadzą na modlitwę małe wspólnoty – w każdą niedzielę czytane jest Słowo Boże, Katechiści głoszą przygotowaną katechezę a następnie rozdają wiernym Komunie Świętą. My tego dnia mogliśmy pojechać na kigango Ilola wraz z ks. Januszem Pociaskiem SMA, proboszczem naszej parafii. Najpierw była piękna Msza Święta, później posiłek w domu jednej z parafianek a następnie udaliśmy się z sakramentami do chorych.


W sobotę już od rana byliśmy zajęci przygotowaniami do Dnia Dziecka w Parafii który zorganizowałyśmy z Jolą a nasi goście tj rodzice i Ola dowieźli upominki i smakołyki pochodzące od ludzi dobrych serc. W tym miejscu serdecznie dziękujemy!
Dzień dziecka to najpierw gry, zabawy, konkurencje z nagrodami a potem wspólny posiłek dla wszystkich. Na rozpoczęciu dzieci było ok. 60. Gdy liczyliśmy ich podczas posiłku – liczba dosięgła aż 160! To przerosło nasze oczekiwania ale na szczęście zarówno upominków jak posiłków starczyło dla wszystkich a przy tym wszyscy się wspaniale bawiliśmy.


Bugisi opuściliśmy w niedzielę bo w poniedziałek lecieliśmy poznać „Massai land” czyli Arushę i okolice. Na lotnisku czekał na nas ks. Arek SMA, który jest skarbnicą wiedzy o Masajach a raczej duchowo sam już się stał Masajem :) Kolejne dni spędziliśmy na Misji Moita Bwawani gdzie pracuje On wraz z innymi Misjonarzami SMA. Misja ta jest położona dokładnie na terenie zamieszkanym przez Masajów więc odgłosy masajskich ozdób, dzwony zawieszone na krowich szyjach, przepięknie brzmiący język maa ubogacały cisze dookoła. Wtorek i środa to czas odwiedzin – szczególnie tych osób, których miałam okazję poznać podczas ostatniej mojej wizyty w Moita Bwawani. To była Nandito, Helenka, Ester, Mama Pendo. Była wymiana upominków i „handel” masajskimi ozdobami i nie tylko. Udało nam się odkupić oryginalne „pojemniki na mleko” – najważniejszy napój Masajów. Moja kibuyu (tzw. bukwa) środku przepięknie pachnie mlekiem i dymem – jest już w Polsce więc każdego kto chce poczuć się trochę jak w masajskiej bomie – zapraszam na wąchanie i podróżowanie zmysłami do świata masajskiego. 



Wszystko to dobre szybko się kończy więc po 3 wspólnych tygodniach, ponad 3000 km pokonanych, pożegnałam na chwilę moich bliskich – rodziców i Olę bo przecież ja za niedługo już ląduję w Polsce na urlop :) a więc mówię im i wam DO ZOBACZENIA WKRÓTCE!


Stomatolodzy w Bugisi


Jest na świecie taka fajna organizacja „Bridge2aid” zajmująca się poszerzaniem dostępu do opieki dentystycznej na całym świecie. W praktyce jak to wygląda? Wolontariusze – stomatolodzy oraz asystenci stomatologiczni udają się na 2 tygodniowy kurs w jakąś część świata i szkolą przez kilka dni osoby medyczne, szczególnie felczerów, podstaw opieki stomatologicznej a w szczególności by umieli wykonywać ekstrakcję zęba czyli po prostu go wyrwać. To póki co w wielu zapomnianych zakątkach świata jedyna opcja pomocy stomatologicznej. A więc dotarli Ci wolontariusze oni również i do nas. Najpierw 5 felczerów z naszego regionu przeszło 3dniowe szkolenie teoretyczne a później 6dniowe praktyczne. U nas w przychodni z Bugisi odbyła się połowa praktyki. Przez 3 dni 6 stomatologów z Anglii i ich 5 uczniów obsłużyli około 250 pacjentów z dolegliwościami stomatologicznymi. Warto dodać że stomatolodzy przywieźli ze sobą wszystkie narzędzia, ogromne zapasy rękawiczek, gazików, znieczuleń itd.  Ja mimo, że oficjalnie uczniem nie byłam to trochę się poduczyłam jak wykonywać taką ekstrakcję zęba. Przyznam że ciekawie to wygląda z pozycji obserwującego ale mimo znieczulenia, to na pewno nie jest przyjemny zabieg.

Korzystając z okazji - Pozdrawiam serdecznie moją Panią Stomatolog  Dr. Joannę K. :) podejrzewam, że nie raz spotkamy się na fotelu stomatologicznym podczas mojego urlopu w Polsce ;)

Poczekalnia

Święta i po świętach...


Już dawno na blogu pojawił się wpis zatytułowany Heri ya Krismasi – czyli w j.suahili Wesołych Świąt. Chyba powinna być kontynuacja prawda? Bo to w sumie już ponad 3miesiące odkąd świętowaliśmy narodziny Małej Dzieciny a ja powoli zapominam jak przeżyłam te Święta, choć były wyjątkowe bo pierwsze w życiu poza domem rodzinnym.

Tak naprawdę Święta rozpoczęły się u nas już w czwartek 22 grudnia, gdy przyjechał do nas Nasz Święty Mikołaj w postaci ks. Jasia – naszego przełożonego SMA w Tanzanii. Była w naszym domu międzynarodowa Wigilia, był opłatek, kolędy (po polsku, angielsku i suahili) choinka, prezenty, barszcz z uszkami i kapusta z grzybami. Było pięknie!
A w sobotę od rana przygotowania, ja miałam wolne w pracy na czas Świąt, Jola miała ferie świąteczne więc mogłyśmy na spokojnie przygotować naszą Wigilię. W tym roku ta Wigilia była dla mnie jedna z „największych” w życiu. Bo przy stole, obok mnie zasiedli wszyscy Ci, za którymi tęsknie, moja rodzina, przyjaciele, znajomi. Wszyscy byliście ze mną, w myślach i w modlitwie!!! Czułam także Waszą obecność i dziękuję za nią! 
Po naszej tanzanijskiej kolacji jeszcze tylko szybki telefon do domu bo wtedy moi bliscy zasiadali przy stole a potem już z Jolą szłyśmy na Pasterkę bo u nas zaczyna się ona o godz. 20. W tym roku miałam tą przyjemność zaangażować się w przygotowanie Jasełek – przygotowania trwały od miesiąca i uczestniczyło w nich w sumie ok. 60 dzieci i młodych z Parafii. Najciekawsza była dla mnie jedna rzecz w tych Jasełkach – że Maryja miała swoją położną która przyjęła poród Pana Jezusa, Józef wyszedł ze stajni nawet  :)A czemu? Bo w tej kulturze, mężczyźni nie biorą jakiegokolwiek udziału w porodzie. Z rodzącą jest tylko inna kobieta – położna, akuszerka, mama, siostra, sąsiadka, przyjaciółka... 

Jasełka zajęła godzinę a następnie uroczysta 3-godzinna Msza Wigilijna wypełniła cały zewnętrzny kościół, który pomimo że nie ma ścian – i tak „pękał w szwach”.
Pierwszy dzień Świąt postanowiłyśmy z Jolą spędzić inaczej niż zwykle i pojechać z kapłanami na wioski dojazdowe na Msze Święte. Ja pojechałam z ks .Januszem do wioski Lyamidati – oddalonej od nas o ok. 40km. Ksiądz Janusz wcześniej miał mszę w sąsiedniej wiosce więc ja wraz z jednym uczniów Joli, Castorym, wysiedliśmy w Lyamidati udaliśmy się do domu rodzinnego Castorego. Castory to jeden z uczniów Joli, który włączony jest w program Duchowej Adopcji. (więcej o programie znajdziecie tutaj)  Dzięki wielkiemu sercu pewnych osób Castory może się uczyć w szkole. Jest on jednym z najzdolniejszych uczniów ale jednocześnie jednym z najbiedniejszych. Odwiedziłam wtedy w święta jego rodzinę – w domu jest ich 14. Żyją skromnie, bardzo skromnie.  Mamę Castorego znałam już wcześniej, przychodzi nieraz do nas do domu w Bugisi z jakimś malutkim upominkiem np. 2 kolby kukurydzy w ramach wdzięczności, że włączyłyśmy Castorego w projekt  Duchowej Adopcji. Jest niesamowicie radosna, prawdziwa i dobra. Gdy dotarłam do nich, w domu czekało na nas świąteczne śniadanie – herbata i mandazi i chapati do wyboru.

To naprawdę świąteczne śniadanie bo jak niektórzy mówią, ludzie z wiosek, rolnicy nie jedzą śniadań; herbatę i mandazi spożywają 3 razy w roku – na Boże Narodzenie, na Nowy Rok i na Wielkanoc. Więc dziś w domu Castorego była wspaniała uczta, z wielką radością wcinaliśmy te suche (chyba pieczone 3 dni temu) mandazi popijając gorącą, przesłodką herbatą. Potem mama Castorego i wraz z całą rodzinką pokazały mi ich gospodarstwo, pola – to z czego byli bardzo dumni ale i szczęśliwi bo jeśli będzie dobry deszcz w tym roku – zbiorą dobrą kukurydzę i słodkie ziemniaki. Zbliżał się czas Mszy Świętej więc każdy po kolei zaczął się kąpać, ubierać, szykować. Poszliśmy pieszo, całą rodziną, pokonując w pewnym miejscu na bosaka tereny całkowicie zalane wodą.


Msza była piękna, długa, śpiewy w języku Sukuma, chrzest przyjęło 7 maluchów. Po Mszy mogliśmy spożyć świąteczny obiad czyli ryż z fasolą i mięciutki kurczak. Potem jeszcze tylko pożegnanie ze świąteczną rodzinką i innymi parafianami Lyamidati i powrót do domu. Byłam zmęczona - wrażeniami, odwiedzinami, słońcem. Ale było warto, bo poczułam się w te święta choć trochę rodzinnie. Myślałam o moich bliskich w Polsce, o ich świętach, ale teraz byłam wiele tysięcy kilometrów od nich i spędzałam święta pośród mojej drugiej rodziny, składającej się z wielu osób, którzy także są mi tu bardzo bliscy.

Szczepienie Tanzanii

Listopad to już był dawno temu ale to co się wtedy działo w Tanzanii było bardzo ważne więc warte jest opisania, nawet te 6 miesięcy po :) . Rząd Tanzanii w porozumieniu z WHO i innymi światowymi organizacjami pozarządowymi zorganizował 4dniowe szczepienia w całej Tanzanii. Cel – zaszczepić wszystkie dzieci poniżej 5 roku życia. Każde dziecko musiało otrzymać dawkę szczepienia przeciwko odrze, przeciwko polio oraz suplement Vit A i profilaktycznie lek przeciw pasożytniczy (albo raczej odrobaczający) – Mebendazol. Pod nasza kliniką znajdują się terytorialnie 4 wioski więc cały nasz personel został podzielony na 4 grupy i przez 4 kolejne dnia dana grupa ze zmianami szczepiła przynależną wioskę. Mi udało się pojechać na tylko na jeden dzień bo ktoś w przychodni też musiał zostać na dyżurze. Ciekawy był system szczepień – wszystko było dokładnie wyliczone i zapewnione przez rząd, pomiędzy wioskami jeździli przedstawiciele rządu i sprawdzali czy każde dziecko jest zaszczepione. Jak? Bardzo prosto – każde zaszczepione dziecko miało pomalowane mocnym markerem najmniejszy palec u lewej ręki – łatwo było wtedy wyłapać tych, którzy jeszcze szczepienia nie otrzymali. Z naszych obliczeń wynika że tylko w naszych 4 wioskach szczepienia i profilaktykę otrzymało ok. 600 dzieci.
Klinika na rowerach
Budynek przychodni dojazdowej
 
Mamy z dziećmi czekające w kolejce


środa, 7 grudnia 2011

Spotkajmy się!



Fundacja „Kultury Świata”
oraz
Stowarzyszenie Misji Afrykańskich,
Centrum Charytatywno – Wolontariackie „SOLIDARNI”
zapraszają na seminarium:


Aspekty zdrowia reprodukcyjnego kobiet w różnych kontekstach kulturowych.

oraz wystawę zdjęć

Położna w świecie kobiet Sukuma

Seminarium odbędzie się w dniu 16 grudnia (piątek) w godzinach 12.00 – 15.00, Warszawski Uniwersytet Medycznym (ul. Żwirki i Wigury 61)
Centrum Dydaktyczne WUM – sala 231/233

W programie:
Telekonferencja z Moniką Nowicką, „CChW SOLIDARNI”,
położną w przychodni misyjnej w Bugisi (Tanzania);

Ewa Prokop, Fundacja „MaterCare Polska”:
Plan Marshalla dla matek w krajach rozwijających się;

Mateusz Cofta, Fundacja „Redemptioris Missio”:
Klinika Matki i Dziecka w Kiabakari (Tanzania);

Barbara Baranowska, Fundacja „Rodzić po Ludzku”:
Szkoła rodzenia po polsku  – o cudzoziemkach rodzących w Polsce.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Codzienne, małe cuda...

Zacznę może skromnie od przeprosin, bo tak długo się nic nie pojawiło tu nowego... Wyrzuty sumienia po raz kolejny mnie zmusiły by znaleźć chwilę by coś napisać.  Bo dziać się dzieje choć nie wszystko się nadaje do opublikowania na blogu. Jak zawsze, postaram się wybrać te ciekawsze przypadki medyczne bądź sytuacje z życia codziennego.


Chciałabym zacząć opisując trochę politykę rządu Tanzanii wobec kobiet ciężarnych. Każda przychodnia zdrowia w Tanzanii, a więc także i nasza, jest zobowiązana do prowadzenia kliniki dla kobiet ciężarnych. Klinika tak zwana to wybrany jeden dzień w tygodniu gdzie kobiety przychodzą do najbliższej przychodni, mają zakładaną kartę ciąży, bezpłatnie przeprowadzane są podstawowe badania (położnicze zewnętrzne, waga, ciśnienie, HIV, Kiła, Bad. ogólne moczu, poziom hemoglobiny we krwi itd.). Prócz tego kobiety dostają bezpłatnie leki antymalaryczne, anty-pasożytnicze, kwas foliowy i żelazo. W sumie powinnam napisać że tak powinno to wyglądać, taki jest plan rządu. W rzeczywistości wygląda to tak, że w przychodniach rządowych kobieta dostaje tylko kartę, ma wypisane dane, jest testowana na obecność wirusa HIV we krwi, pielęgniarka  przeprowadza badanie zewnętrzne oraz sprawdza słuchawką Pinardą czynność  serca dziecka. To wszystko co mogą tam otrzymać. Tym, które chcą więceje, a jest takich dużo! przychodzą do innych przychodni, w których mogą otrzymać ową profilaktykę oraz zbadać się. Problem niestety jest większy niż nam sie wydaje i obejmuje cały system zdrowotny w Tanzanii. Wszystkie reagenty, odczynniki, testy itd. powinny być dostarczane z rządu, tak samo jeśli chodzi o leki. Rządowe  magazyny są niestety zazwyczaj puste a gdy coś się pojawia trzeba podzielić na wiele przychodni więc tak naprawdę nie udaje nam się wiele dostać. Nie pozostaje nam nic innego jak kupować wszystko za nasze pieniądze bo przecież nie kupując rząd na tym nie straci lecz stracą ciężarne kobiety, nasze podopieczne. Kolejnym zarządzeniem jest, że kobieta nie może rozpocząć kliniki, karty ciąży dopóki nie przyjdzie na pierwszą wizytę z mężem. Celem tego jest by móc zbadać ich obojga na obecność wirusa HIV. Mam wątpliwości czy to trafne bo kobieta, która zaszła w ciąże w wyniku gwałtu bądź w wyniku przypadkowej znajomości, bądź kobieta, której mąż pracuje daleko od domu, a wraca tylko raz na jakiś czas do domu – te kobiety nie rozpoczną kliniki, nie przeprowadzi im się wszystkich badań, nie da profilaktyki. A takich kobiet jak zauważyłam jest sporo... Już kilkakrotnie na własną odpowiedzialność łamałam tą regułę i wydawałam polecenie pielęgniarkom by rozpoczęły kartę ciążową u pacjentek które właśnie nie były w stanie przyjść do nas z ojcem dziecka. Upewniłam się, że tak trzeba po jednej sytuacji, która się wydarzyła jakiś miesiąc temu. Przyjechała do nas pacjentka ciężarna. Rodzina przywiozła ją na jakiejś przyczepce. Gdy udało mi się wdrapać na tą przyczepę dowiedziałam się od jej mamy że pacjentka ma 23 lata, ciąża 1., 9 miesiąc, w nocy rozpoczęły się pierwsze skurcze porodowe ale czuła się coraz gorzej więc nad ranem przywieźli ją do nas. Pacjentka była nieprzytomna. Rzucające się w oczy mocno żółte podeszwy stóp podpowiadały nam o głębokiej anemii u tej pacjentki. W pośpiechu zbadaliśmy poziom hemoglobiny i nie wierzyliśmy własnym oczom gdy wynik wynosił 2,6. A to przecież kilkakrotnie poniżej normy. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś jeszcze z takim poziomem może żyć. I niestety, po przeniesieniu na oddział, próbowałam zrobić pacjentce badanie ultrasonograficzne by ocenić stan dziecka, jednak gdy na nią spojrzałam zorientowałam się że kobieta już nie żyła. Zmarła dosłownie kilka minut wcześniej, podczas przenoszenia jej z wozu do naszego oddziału. Nie udało się nic więcej zrobić. Gdy przekazałam tą wiadomość czekającej na zewnątrz rodzinie usłyszałam pytanie, co z dzieckiem, czy nie moglibyśmy go wyjąć, może jeszcze udałoby się uratować. Niestety, za późno ale przecież gdyby można tylko by było zrobić u nas cięcie cesarskie... gdyby można było... A jaki był największy problem w całej tej sytuacji? Pacjentka , zgodnie z zakazem rządowym, nie mogła rozpocząć kliniki nigdzie bo nie miała męża, ani razu podczas ciąży nie był badany u niej poziom hemoglobiny, nigdy nie dostała żelaza, nigdy nie widziała podczas ciąży położnej/pielęgniarki...

Odpowiadając między innymi na takie (choć nie tylko) wyzwania pracy z kobietami ciężarnymi, w ramach projektu DAR ŻYCIA rozpoczęłam z nimi spotkania zwane popularnie Szkołą Rodzenia. Spotkania odbywają się co drugą sobotę i co mnie bardzo cieszy, na spotkania przychodni wiele kobiet – średnio ok. 80 na spotkanie. Mogą się od nas dowiedzieć o przebiegu ciąży, o początku, od kiedy i jak liczą wiek ciąży ( bo już wiele razy słyszałam że ktoś jest w 11 miesiącu ciąży...), o prawidłowym odżywianiu, o ćwiczeniach w czasie ciąży przygotowujące do porodu i połogu. Uczą się także właśnie o klinice dla ciężarnych, kiedy przyjść, co zabrać itd. Nie zapominam im także powiedzieć jak się przygotować i co przynieść do porodu a jeśli rodzą w domowym zaciszu to co robić, jak pomóc, na co zwracać uwagę itd. To chyba tak w wielkim skrócie o tym o czym rozmawiamy. Mam jeszcze tylko taki cichy plan by Szkole Rodzenia kontynuować po zakończeniu projektu DAR ŻYCIA, a co więcej jeździć z tymi spotkaniami do okolicznych wiosek. Ale na to też jeszcze przyjdzie pora... :)

Po ostatnich zajęciach ze szkoły rodzenia jedna z uczestniczek podczas drogi powrotnej do domu zauważyła że zaczynają jej odpływać wody płodowe. Był to dopiero skończony 6 miesiąc więc zawróciła do nas do kliniki. Rzeczywiście, okazało się że kobieta była w porodzie, rozwarcie wynosiło 3 cm. Była to 7 ciąża. Gdy trochę później zaczęła obficie krwawić szybko podjęliśmy decyzję o transporcie do miasta do szpitala. Już przyjechał nawet samochód, który na chwilę miał się stać ambulansem. Było już późno a i tego wieczoru nie było prądu. Z powodu obfitego krwawienia  postanowiliśmy nie wykonywać badania wewnętrznego. Wraz z pielęgniarką opuściłyśmy salę porodową dosłownie na chwilę, po czym przybiega mama kobiety rodzącej i mówi że pacjentka ma uczucie ogromnego parcia. Tak szybko jeszcze chyba nie biegłam na salę porodową... Gdy dobiegłam okazało się że pacjentka właśnie przed chwilą urodziła,sama, to był jeden skurcz party i trochę ponad jednokilogramowy chłopiec był już na tym świecie. Urodziło się także już łożysko, które przedwcześnie odklejające się powodowało owe krwawienie. Dziecko co ciekawe urodziło się w tzw. czepku więc pierwsze co zrobiłam to rozdarłam błony płodowe i uwolniłam z nich dzieciaczka. Potem to już standardowe czynności i w sumie to chłopiec był naprawdę w dobrej kondycji! Dziś ma już tydzień i miewa się coraz lepiej. A więc pozwólcie, że Wam przedstawię – to jest Eryk



Od czasu do czasu pojawia się na oddziale u nas John – 9latek chory na AIDS, sierota, mieszka u jakiś dalszych krewnych ale z racji że dużo choruje to często jest przyjęty do nas na oddział. To taki jego drugi dom. Ostatnio uwielbia kolorować świąteczne obrazki. 10 razy dziennie pyta się mnie kiedy go wezmę do wspaniałego świata – Europy. Zawsze mu obiecuję że już niedługo tam będzie. I to prawda bo przecież mu nie powiem że tym jego wspaniałym światem, upragnioną Europą będzie niebo, do którego powoli się zbliża...

John przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia :)
Moją radością od 3 tygodni są moje kochane bliźniaki Józef i Jeremiasz. Przyszli dokładnie 3 tygodnie temu, tydzień po porodzie w domu. Była to 5 ciąża a dzieci urodziły się w 8 miesiącu. Gdy mama przyszła z nimi Kulwa czyli pierwszy, starszy bliźniak ważył 1,9kg i miał „jedynie” malarię. Gorzej było z Dotto czyli drugim, młodszym – ważył 1,6 do tego zdiagnozowaliśmy u niego zapalenie opon mózgowych, tężec, żółtaczkę oraz malarię... dziecko było naprawdę w krystycznym stanie. Rozpoczęliśmy leczenie choć przewidywaliśmy że to ostatnie minuty życia tego maluszka. Mama poprosiła o chrzest więc ochrzciłam go dając imię Józef. Józio miał jednak wielkie pragnienie życia bo z dnia na dzień jego stan się poprawiał. W międzyczasie mama poprosiła o chrzest starszego bliźniaka, w lepszej kondycji Kulwę. Dostał imię Jeremiasz. To dwa, dosyć popularne tu imiona, w języku suahili mówimy jednak Yusufu i Jeremia (czyt. Jusufu i Dżeremia) . Kulwa i Dotto to ich pierwsze imiona, tradycyjne, bo w kulturze plemienia Sukuma ZAWSZE przy ciąży bliźniaczej starsze dziecko nazywa się Kulwa a młodsze Dotto – to określa zawsze który się pierwszy urodził, który jest silniejszy, który ma większą władzę w rodzeństwie. Mija już 3 tygodnie od kiedy Ci chłopcy przyszli do nas z mamą i jesteśmy ogromnie szczęśliwi gdy widzimy jak dochodzą obydwaj do zdrowia. Szczególnie Józio jest dla nas CUDEM bo już prawie całkowicie wyzdrowiał a i zaczął wspaniale przybierać na wadze. Gdy tylko dojdzie do 2,5 kg zostaną wypisani do domu. Póki co ma 2,1kg a Jeremiasz (starszy) 2,6kg.


Na prawym ręku Jeremiasz a na lewym Józio
Podawanie leków Józiowi
Z mamą i babcią Józia i Jeremiasza
Dyżur w przychodni OPD
Nowy dar życia