To już ponad miesiąc od
ostatniego wpisu – niestety ostatnio udaje mi się napisać coś tylko raz na
miesiąc. Jak już pisałam w ostatnim wpisie, s. Kathleen wyjechała na urlop
zostawiając mi pod opiekę przychodnię. Czy to była dobra decyzja to pewnie się
okaże później J
Póki co staram się ogarnąć by klinika wciąż pracowała pomimo codziennych
przeciwności. Ostatnie moje zmartwienie to ustawianie grafików tak by zawsze
była choć jedna pielęgniarka na oddziale. A to wcale nie takie łatwe...
Dlaczego? Po roszad różnych jest sporo: nasza główna oddziałowa Eunice odeszła
z pracy z dnia na dzień, kolejna pielęgniarka wyjechała na drugi koniec
Tanzanii by zaopiekować się bardzo ciężko chorym ojcem, kolejna została tak
tragicznie pobita przez swojego męża, że przez tydzień leżała na oddziale nie
mogąc się ruszyć a teraz wzięła miesiąc bezpłatnego urlopu by dojść do siebie,
inna z kolei zaczęła kraść pieniądze gdy pracowała w naszej aptece więc szybko
musiała opuścić to stanowisko czego rezultatem jest że inna pielęgniarka na tym
stanowisku pracuje w aptece 24h, 7 dni w tygodniu (normalna zmiana 8-14.30 a
potem to już jest on-call cały czas).
W rezultacie, na etacie zostało kilka, dosłownie kilka pielęgniarek i
musimy się naprawdę napocić by obstawić wszystkie zmiany. Doszło też do tego,
że konieczne staje się anulowanie wiosek wyjazdowych ze szczepieniami bo po
prostu – nie ma kto jechać!
Moje dyżury on-call ostatnio
dotyczyły głównie kobiet WAJAWAZITO (czyt. Ładziałazito) czyli
ciężarnych/rodzących/położnic poczynając od przypadku bliźniaków a kończąc na
pośladkowym porodzie 6miesięcznego dziecka przy odklejającym się łożysku. Ale
może po kolei...

- Bliźniaki zbudziły mnie ze snu o 4nad ranem. Wtedy
właśnie mama przyszła do kliniki z pełnym rozwarciem szyjki macicy z
odpłyniętym płynem owodniowym. Gdy weszłam na salę porodową słyszałam już
płacz dziecka, a pielęgniarka wydawało mi się, że czeka na łożysko. Nie
wiedziałam że to ciąża bliźniacza, dopiero gdy zapoznałam się z kartą
ciąży i wynikiem USG które sama kilka miesięcy wcześniej zrobiłam,
zorientowałam się szybko że to jeszcze drugie się rodzi. Na szczęście
także było w położeniu główkowym. Nie minęło może 10 minut gdy
przywitaliśmy na tym Bożym świecie drugiego chłopczyka. Obaj byli w
b.dobrym stanie, 10pkt w skali Apgar, waga: 2800g oraz 2600g. Jak na 35
tygodni ciąży to super! Gorzej z mamą, która dostała krwotoku poporodowego
( to była 6. ciąża), ale po podwójnej dawce Ergometryny, macica się
obkurczyła i po 2 dniach wyszli do domu.
- Dyżury on-call wypadają mi także czasem w niedzielę
i właśnie pewnej niedzieli gdy uczestniczyłam w Mszy Świętej w naszej
parafii (kościół jest dosłownie 20metrów od naszej przychodni) jedna z
pielęgniarek zawołała mnie do pacjentki rodzącej, która właśnie przyszła.
Jak się okazało, pacjentka była zarażona wirusem HIV, nie zaczęła jednak
terapii antyretrowirusowej a teraz przyszła z regularną czynnością
skurczową i pełnym rozwarciem szyjki macicy. Powiedziała także że od 2 dni
nie czuje ruchów dziecka. Słuchawką Pinarda także nie mogłyśmy się
„dosłuchać” uderzeń serca dziecka więc by potwierdzić nasze przypuszczenia
wykonałam badanie USG. Rzeczywiście – dziecko było martwe. W badaniu
wewnętrznym czuło się b.duże „przedgłowie”. Pacjentka zaczęła przeć
spontanicznie i po kilku minutach główka ukazała się w szparze sromowej.
Wtedy zorientowałam się że to nie będzie „normalny poród”. Bo w tym
miejscu wszystko stanęło. Pacjentka pomimo silnej czynności skurczowej i
dobrego parcia nie mogła urodzić dziecka. Także główka miała konsystencje
bańki z wodą – już było jasne że to nie „przedgłowie”. Z ogromnymi
trudnościami urodziłam z pacjentką główkę dziecka – była już bardzo
zmacerowana i powoli zaczęła się rozkładać; kości czaszki w ogóle już nie
były wyczuwalne. Było jasne że dziecko zmarło o wiele wcześniej niż 2 dni
temu jak podała pacjentka. Niestety to był nie koniec bo pacjentka nie
mogła wyprzeć ciała dziecka. Pociłam się ile mogłam by urodzić chociaż
barki ale dziecko ani drgnęło. Bałam się że przy takiej kondycji ciała,
może stać się coś o wiele bardziej gorszego – jeśli ciało i kości zaczęły
się rozkładać to jest duże ryzyko że przy próbie wyciągnięcia dziecka
główka może się, kolokwialnie mówiąc, urwać. Miałam już myśli by w tym
stanie przetransportować kobietę do szpitala do Shinyangi – tylko że to
godzina drogi. Zawołałam do pomocy Jackie, nasza felczerkę, która miała
ten weekend wolny ale w kryzysowych sytuacjach nigdy nie odmawia pomocy
gdy moje możliwości, pomysły i wiedza się kończą. Jackie na szczęście
miała więcej odwagi niż ja i po złapaniu dziecka pod paszkami i przy
naszym naciskaniu na dno macicy po kilkunastu próbach dzieciątko się
narodziło. Wokół nóżki dziecka była 5-krotnie owinięta pępowina a całe
ciało było już mocno zmacerowane...
- Innej nocy zostałam wezwana o 1 w nocy, do
pacjentki, która przyszła po porodzie „ulicznym” choć pasuje bardziej
słowo „buszowym”. Czynność skurczowa rozpoczęła się w ciągu dnia ale ciąża
miała dopiero 8 miesięcy więc pacjentka myślała że to jeszcze nie czas.
Gdy siła skurczów się nasilała, kobieta wraz z mężem i teściową wybrali
się w drogę do naszej przychodni. W połowie drogi, ok. godzinę piechotą od
nas urodziła córkę na pustynnym piachu. Była godzina 23. Poród przyjęła
teściowa. Gdy kobieta poczuła się na tyle na siłach by chodzić – przyszli
do nas do kliniki. Pacjentka była bardzo słaba, wręcz wykończona podróżą
po porodzie; słaniała się na nogach. Pacjentka powiedziała że po porodzie
straciła dużo krwi ale że łożysko urodziło się kompletne. Rzeczywiście w
badaniu macica była już obkurczona a krwawienie niewielkie. Ciekawa byłam
tylko jak mogli określić że krwawienie było obfite a łożysko i błony
kompletne gdy się rodzi przy świetle księżyca na pustynnym pustkowiu a
zamiast położnej jest teściowa i mąż... Na tym by się zakończyła ta piękna
historia gdyby nie jeden fakt – pacjentka była zarażona wirusem HIV i
odmówiła leczenia terapią antyretrowirusową gdy się dowiedziała o swojej
chorobie. Rozmawiałam z nią jednak potem i zgodziła się bym podała dziecku
Newirapinę. Pomimo tego, ryzyko że dziecko się zaraziło podczas
ciąży/porodu jest bardzo duże. Ale tutaj już tylko pozostaje nam ufać
Opatrzności Bożej i JEGO planowi
na nasze życie...

- Na oddział przyjęliśmy pacjentkę, która miała
malarię, zakażenie układu moczowego, białko w moczu, ciśnienie tętnicze
200/110, obrzęk stóp, słabe krwawienie z dróg rodnych a najważniejsze w
tym wszystkim to to, że była w 6.miesiącu ciąży. A w badaniu USG czynność
serca dziecka prawidłowa a dziecko znajdowało się w położeniu miednicznym.
Kobieta otrzymała leki m.in. obniżające ciśnienie, które potem utrzymywało
się na względnie stałym poziomie 150/100. Krwawienie ustało i na następny
dzień jej stan się znacznie poprawił lecz popołudniu zaczęła się uskarżać
na ból brzucha oraz jak to określiła „czuje że coś idzie w dół”. W badaniu
wewnętrznym wyczułam napinający się pęcherz płodowy a szyjka macicy była
już całkowicie rozwarta. Mocno zwolniona czynność serca dziecka
utrzymywała się cały czas co nie dawało nam dużych nadziei. Za kilka minut
pod wpływem skurczów samoistnie pękł pęcherz płodowy a naszym oczom
ukazała się w sromie rączka dziecka. Pomyślałam sobie że wypadnięcie
rączki to chyba najgorsze co mogłoby się w tym przypadku zdarzyć... W
badaniu wewnętrznym dało się czuć pośladki i nóżki choć trochę z boku –
trudno mi było sobie to wyobrazić jak dziecko obecnie jest ułożone ale na
drugim skurczu partym po odprowadzeniu rączki urodził się tułów. A zaraz
potem główka. Przyznałam temu chłopcu tylko 2 punkty w skali Apgar – jeden
za kolor skóry i śluzówek, drugi za pojedyncze uderzenia serca. Ważył 600
g – to mało jak na swoje skończone 6 miesięcy. Chłopiec jednak zasnął w
Panu po ok. 1 minucie swojego życia.
- A poza tymi trudnymi przypadkami? Mam to szczęście przyjmować dużo
przepięknych naturalnych porodów, które potrafią niejednego zadziwić i niejedną
łzę szczęścia wycisnąć. Mam tylko problem, że rodzi się coraz więcej Monik więc
zaczęłam zabraniać już kobietom dawać to imię córeczkom. A ostatnio gdy byłam
on-call wezwali mnie w nocy do małej dziewczynki, którą mama przyniosła z
powodu biegunki i wymiotów. Jak się okazało – była to Monika, pierwsze dziecko
które przyjęłam na świat w tamtym roku we wrześniu. Łobuz z niej niesamowity a
drze się w niebogłosy gdy widzi białą osobę czyli np. mnie :)
 |
Monika kilka dni po narodzinach. |
6. Weekend on –
call był dość stresujący szczególnie nocą. W sobotę o 4 nad ranem wezwali mnie
do kobiety rodzącej. Była to jej 6 ciąża, rozwarcie szyjki macicy wynosiło 6
cm, zachowany pęcherz płodowy, opuchlizna ciała, szczególnie nóg, ból głowy,
ciśnienie krwi 190/120 (przewlekłe nadciśnienie w ciąży), odklejające się
łożysko o czym świadczyło mocne krwawienie oraz czynność serca dziecka – ok. 80
ud/min. Wszystko to wskazywało na stan przedrzucawkowy. Otrzymała na cito
metyldopę, ale jedynym rozwiązaniem był jej wyjazd do centrum zdrowia a później
do szpitala w Shinyandze. Problemem jednak okazało się znaleźć transport o tak
późnej/wczesnej porze. Po kilkunastu próbach w końcu udało się znaleźć
samochód, który się w częściach rozpadał ale ostatecznie zabrał naszą pacjentkę
do przychodni zdrowia. Asystowała jej nasza pielęgniarka z nocnej zmiany. W
zamian za nią przyszła na 2 godziny inna pielęgniarka która mieszkała blisko,
choć to przecież nie był jej dyżur. Patrząc na nie byłam pełna podziwu z jakim
poświęceniem chcą ratować ludzkie życia. A przecież żadna z nich nie skończyła
żadnego kursu, żadnej szkoły medycznej, same się wszystkiego nauczyły, czasem
na błędach ale teraz posiadają ogromne doświadczenie i czasem, mimo że to ja
skończyłam studia medyczne, służą mi radą i pomocą.
7. W niedzielę także w nocy zawołali mnie do kolejnej kobiety rodzącej.
Była to 18-letnia pierworódka. Odpłynęły wody płodowe, które notabene były
bardzo zielone i zagęszczone. Czynność serca dziecka także była stale obniżona
(bradykardia) co nie napawało nas optymizmem. Z tych powyższych powodów oraz jako że istnieje
rozporządzenie Min.Zdrowia że pierworódka poniżej 20roku życia musi urodzić w
co najmniej Centrum Zdrowia a nie w Przychodni jaką my jesteśmy, musieliśmy ją
wysłać do odległego o 10 km Centrum Zdrowia w Tinde. Znów problemem okazał się
transport – kobieta wraz z przyjaciółką jej towarzyszącą, przyjechała taksówką
motocyklową tzw. Piki piki. To było jej jedyne rozwiązanie w tym momencie.
Najgorsze było jednak to że kierowca był wstawiony ( nie pijany, ale wstawiony
lekko) , do tego miał w baku tylko 1,5 litra paliwa co może nie starczyć na te
10 km, no i jeszcze nie miał ani jednego kasku ani nic ochronnego. Była godzina
3 nad ranem, nie było szans kupić gdzieś paliwa, czy poprosić kogoś innego o
transport. Pojechali a ja poszłam do domu, by przed zaśnięciem zmówić jeszcze
koronkę w intencji młodej mamy i dziecka i ich szczęśliwej podróży. Potem
dostaliśmy wiadomość że dojechali do Tinde, do Centrum Zdrowia lecz co było
później – nie wiemy.
8.
Którejś nocy wezwali mnie do poparzonego dziecka. Nie mogłam uwierzyć w
to co słyszę od mamy małego Barnaby. Opowiedziała mi o mężu, który z powodu
uzależnienia od alkoholu wprowadza w ich domu piekło. Tego dnia, w
poniedziałek, kobieta wyszła z domu wieczorem by zmielić ryż. Gdy wróciła,
czekał na nią rozwścieczony, pijany mąż. Wywiązała się kłótnia, podczas której
on wziął jej ubrania i wrzucił do ogniska. Następnie, jakby nigdy nic wsadził
do ognia 4-letniego Barnabę – z nienawiści i w ramach kary dla swojej żony.
Barnaba ma głębokie oparzenia obu pośladków, pleców oraz ud do wysokości kolan.
Zaraz potem przestraszony tatuś uciekł. Po kilku dniach dostaliśmy wiadomość,
że mężczyzna został zatrzymany przez policje i obecnie przebywa w areszcie w
Shinyandze. Co będzie jednak dalej, czy mężczyzna poniesie konsekwencje swojego
czynu pewnie się okaże niedługo. Ale niestety prawo prawem a kultura kulturą –
bo w kulturze plemienia Sukuma, kobieta jest całkowitą własnością swojego męża
i w jakimkolwiek konflikcie wina będzie po jej stronie. Codziennie widzę
przypadki, zresztą nie tylko w pracy ale wśród sąsiadów, znajomych gdzie ofiara
staję się osobą oskarżoną, bo przecież „to jej wina że wyszła z domu wieczorem;
że zapytała się męża o 4. żonę; że poprosiła o pieniądze na jedzenie” itd. itd.
Tak, to są przykłady z życia – niektóre powody, dlaczego kobiety są bite przez
swoich mężów. Problem poniżania, wykorzystywania, znęcania się nad kobietami
jest tu ogromny, chyba można by książkę z tego napisać. To co my staramy się
robić to je wspierać, prowadzić różne zajęcia/spotkania w celu równouprawnienia
a raczej najpierw „równoposzanowania” bo z tym jest duży problem. Gdy kobieta zacznie
być szanowana to kolejnym krokiem będzie uzyskanie jakiś praw.
Pewnie
zastanawiacie się jak ja się w tym odnajduję. My, Misjonarki Świeckie, ze względu na kolor skóry jesteśmy
tu uważane za siostry zakonne, nawet
tak jesteśmy nazywane więc jesteśmy na miejscu uprzywilejowanym, nie jesteśmy
traktowane z taką pogardą jak niejednokrotnie inne kobiety. Co więcej, gdy
odezwiemy się w obronie kobiety, mężczyźni zazwyczaj nas słuchają i choć trochę
„spuszczają z tonu”. Tu jednak mimo wszystko daleka jest droga do szanowania
kobiet, do nadania im poza obowiązkami, również i praw. Ale warto i dalej
będziemy pchać ten kamień pod górę.
Także Kościół Katolicki w Tanzanii stara się umocnić pozycję kobiet w
życiu społecznym - w sposób szczególny obchodzi Święto Kobiet, które przypada
pod koniec września. I to właśnie obchodziliśmy w zeszły weekend w naszej
parafii. W sobotę odbyło się seminarium dla kobiet z różnych wiosek
dojazdowych, z różnych wspólnot. W niedziele odbyła się za to przepiękna
4-godzinna Msza, która „oprawiona” była przez kobiety, uczestniczące w owym
spotkaniu. Czytania, modlitwy wiernych, śpiewy, niekończąca się procesja z
darami, a także kazanie – było prowadzone przez kobiety. Mężczyźni siedzieli
cicho, trochę także zażenowani, a niektórzy wciąż sprzeciwiający się równoposzanowaniu
kobiet. Ale nawet jeśli trochę oni zmienią swoje zachowanie w stosunku do
kobiet – to warto! Choćby dla pojedynczych kobiet przeżywających w domach
piekło – warto!
 |
Procesja z darami |
 |
Po Mszy wspólny obiad dla wszystkich świetujących kobiet ;) | | |