Położna w świecie kobiet Sukuma
środa, 23 maja 2012
poniedziałek, 7 maja 2012
Spięcia międzykulturowe
42 letnia Julieth przywieziono w pół przytomną
któregoś ranka – po zbadaniu okazało się że jej ciśnienie krwi ledwo sięgało
60/40. Do tego miała 16 krążków malarii w próbce krwi (krążek to nasza miara
malarii – taka zwykła malaria jest powiedzmy do 3 krążków (choć jak zawsze są
wyjątki! ) - powyżej trzeba już włączyć zaawansowane leczenie) . Julieth
niestety miała już malarie mózgową – jedynym wyjściem jest podanie dożylnie chininy w kroplówce z Glukozą 5%. Chinina,
szczególnie podawana dożylnie prowadzi do hipoglikemii i zaburzeń
elektrolitowych w organizmie. Sytuacja była beznadziejna bo przy takim
ciśnieniu krwi nie mogłam podać jej leku dożylnie ani domięśniowo. Po 3 litrach podawanych przez kilka godzin
doszła do ciśnienia 110/60. Jeszcze tylko chwila odpoczynku i podłączyliśmy
dożylnie chininę. Zagrożenie minęło ale wciąż była bardzo osłabiona. Po dwóch
dniach przyszła ją odwiedzić jej 24letnia córka. Marta, bo tak miała na imię,
zwróciła naszą uwagę bo po przyjściu, kilka razy wymiotowała. W badaniach
wyszło, że także ma malarię, zakażenie układu moczowego, amebioze i przede
wszystkim jest w 3 miesiącu ciąży ... bliźniaczej ciąży. Nie było mowy o
pójściu do domu w takim stanie. Gdy powiedziałam jej, że nie może wrócić w
takim stanie do domu i musi być przyjęta
na oddział, oznajmiła mi, że najpierw muszę to ustalić z jej młodszym bratem. I
tak zaczęłam ustalać, że aż się z tym „chłopcem” pokłóciłam. On kategorycznie
odmówił jakiegokolwiek leczenia dopóki Marty mąż (SIC!) się na to nie zgodzi.
Dzwoniliśmy do niego ale ze względu na to, że mieszkają w prawdziwym buszu,
trudno jest tam połączyć się telefonicznie. Myślałam że zaraz wybuchnę i coś
zrobię temu młodemu 20-letniemu *******, który siłą zatrzymał Martę od
leczenia. A Marta , wymiotująca już dziś 6 raz i słaniająca się na nogach nie
stawiała oporu – czekała aż jej mąż się zgodzi. CHOLERA!!!!!! Poddałam się,
muru głową nie przebiję, nie przywiążę jej do łóżka. Po kilku godzinach dzięki
Bogu połączyli się z mężem, który ŁASKAWIE wyraził zgodę na leczenie.
Pamiętacie jak kiedyś pisałam o swoim pierwszym dyżurze on-call – modliłam się by nie zawołali mnie do szycia i to właśnie było szycie palca u nogi młodego chłopca? To był czas kiedy bardzo bałam się szyć. To się teraz zmieniło. Jest tak dużo pacjentów z ranami ciętymi, że praktycznie każdego tygodnia coś szyję – polubiłam to. Nie mogę wyjść z podziwu szczególnie dla dzieci, które ani raz nie zapłaczą przy szyciu nawet bez znieczulenia. Wezwali mnie raz do 12letniej Agnes która rozcięła sobie przedramię – zahaczyła ręką o ostrą blachę. Rana była długości 15 cm i głęboka na 2cm. Założyłam jej 20 szwów (wewnętrzne + zewnętrzne) bez znieczulenia a ona nawet nie zapłakała – SZOK!
Fakt – szycia jest sporo i to każda część ciała – głowa, łokcie, przedramię, kolana, palce u stóp, twarz, członki męskie, uszy .... Ale co ciekawe jako położna najmniej szyję krocza ... Dziwne prawda? :):):):)
Wstałam w czwartek rano i czułam w kościach że miał to być wielki dzień bo do kliniki przyjeżdża grupa Włochów, którzy napisali projekt i chcą przekazać naszej przychodni zdrowia sporą sumę pieniędzy na opiekę i leczenie osób chorych na AIDS, zarejestrowanych w naszej przychodni. A ich już zarejestrowaliśmy ok. 1250 do dnia dzisiejszego notabene... Z grupą gości z Włoch mieli przyjechać ważni przedstawiciele służb medycznych z jednego z największych szpitali w Tanzanii oraz sam Biskup naszej diecezji. W sumie 30 b. ważnych i wpływowych osób. Tak, to naprawdę miał być niezwykły dzień, wszystko musiało być na perfekcyjne „tip top”. Robiłam ostatnie porządki na oddziale gdy wpadł na oddział młodzieniec ok. 20-letni i woła pomocy bo jego sąsiadka rodzi w drodze do nas. Minuta i siedziałam w samochodzie a kierowcą stał się o. John SMA, posługujący na Misji w Bugisi. Droga wydawała się nieskończona choć to było tylko 3 km. Najpierw były skały nie do przejechania naszym niskim samochodem, potem wyschnięte koryto rzeczki i brak wyjazdu z niej, potem jeszcze dół na pół metra z którego musiałam wraz z młodzieńcem wypchać samochód. Wydawało mi się że minęło pół godziny zanim dojechaliśmy ale było to może 15 minut. Wyjeżdżając zza malutkiego wzgórza zobaczyliśmy kobietę na torach kolejowych, po których raz na 4 dni jakoś przejeżdża jeden pociąg. Gdy wybiegłam w sumie z wciąż jadącego samochodu zorientowałam się, że wszystko jest perfekcyjnie przygotowane do porodu !!!! Kobiecie towarzyszyła jej mama. Esther leżała w połowie na torach kolejowych więc tylko się odsunęłyśmy bardziej na bok w razie gdyby ten DZIEŃ pociągu przypadał właśnie dziś :) Dookoła towarzysząca jej mama rozłożyła materiały bo gdy dojechaliśmy to dziecko było już w połowie urodzone. W sumie samo się narodziło – zresztą tak jak fizjologia – położna nie odbiera, położna tylko PRZYJMUJE na świat dziecko, które rodzi się samo wraz ze współpracą mamy :) Tak więc na świat przyszła śliczna dziewucha. Mimo że było słonecznie to na tym wzniesieniu wiał lekki wiatr, który trochę nam przeszkadzał. Małą odpępniłam, zawinęłam w czyste materiały i przekazałam babci – niech się opiekuje. Obejrzałam się i zza samochodu wychylał się przestraszony o. John, który jeszcze chyba nie doszedł do siebie :) Jeszcze tylko mi i Esther zostało urodzić na spokojnie i w całości łożysko i zebrać się do szpitala. Starałam się być opanowana ale jak tu być 100% opanowanym gdy jest się w buszu, wieje wiatr, rękawiczki same się „rwą”, zacisk pępowinowy sam się wysuwa z rąk i spada na ziemię (dobrze że w zestaw „małej położnej” wsadziłam drugi zapasowy i więcej rękawiczek), jeden kocher (narzędzie medyczne) wypada też „sam” na ziemię i użyć nie można po raz drugi. Do tego cały mundur (lśniący, przygotowany na dzisiejszą wizytację) jest w wodach płodowych, piachu i krwi a i spodnie mi pękły na szwie podczas moich akrobacji na piaskowym wzgórzu. Powiedzcie mi, jak tu nie kochać położnictwa? :):):) Ogarnęłyśmy się dosyć szybko, spakowałyśmy do samochodu i wracamy droga powrotną, którą już znaliśmy więc ani nie utknęliśmy w rzeczce ani na skałach. Dojechaliśmy, odprowadziłam Esther na oddział położniczy i biegnę do domu znaleźć inny, lśniący mundur bo biskup dzwoni i mówi, że już są w Tinde czyli 10 minut od nas. Zdążyłam się przebrać, zszyć dziurę w spodniach i ochłonąć bo takiego porodu to jeszcze nie miałam :) Ale dla uśmiechu szczęśliwej Ester i jej 3,8 kilogramowej Moniki warto !!! No bo właśnie – mała będzie mieć na imię Monika :) Dziś nie protestowałam. Bo w ostatnich czasach imię Monika było zabronione w Bugisi. To cieszy, gdy kobiety chcą dać Twoje imię dziecku, które przyjmujesz na świat ale po prostu było już za dużo Monik... a przecież jest tyle piękniejszych imion więc teraz zgadzam się tylko w wyjątkowych przypadkach – tak jak teraz tego naszego Cudu z torów kolejowych:):):):):)
Pamiętacie jak kiedyś pisałam o swoim pierwszym dyżurze on-call – modliłam się by nie zawołali mnie do szycia i to właśnie było szycie palca u nogi młodego chłopca? To był czas kiedy bardzo bałam się szyć. To się teraz zmieniło. Jest tak dużo pacjentów z ranami ciętymi, że praktycznie każdego tygodnia coś szyję – polubiłam to. Nie mogę wyjść z podziwu szczególnie dla dzieci, które ani raz nie zapłaczą przy szyciu nawet bez znieczulenia. Wezwali mnie raz do 12letniej Agnes która rozcięła sobie przedramię – zahaczyła ręką o ostrą blachę. Rana była długości 15 cm i głęboka na 2cm. Założyłam jej 20 szwów (wewnętrzne + zewnętrzne) bez znieczulenia a ona nawet nie zapłakała – SZOK!
Fakt – szycia jest sporo i to każda część ciała – głowa, łokcie, przedramię, kolana, palce u stóp, twarz, członki męskie, uszy .... Ale co ciekawe jako położna najmniej szyję krocza ... Dziwne prawda? :):):):)
Wstałam w czwartek rano i czułam w kościach że miał to być wielki dzień bo do kliniki przyjeżdża grupa Włochów, którzy napisali projekt i chcą przekazać naszej przychodni zdrowia sporą sumę pieniędzy na opiekę i leczenie osób chorych na AIDS, zarejestrowanych w naszej przychodni. A ich już zarejestrowaliśmy ok. 1250 do dnia dzisiejszego notabene... Z grupą gości z Włoch mieli przyjechać ważni przedstawiciele służb medycznych z jednego z największych szpitali w Tanzanii oraz sam Biskup naszej diecezji. W sumie 30 b. ważnych i wpływowych osób. Tak, to naprawdę miał być niezwykły dzień, wszystko musiało być na perfekcyjne „tip top”. Robiłam ostatnie porządki na oddziale gdy wpadł na oddział młodzieniec ok. 20-letni i woła pomocy bo jego sąsiadka rodzi w drodze do nas. Minuta i siedziałam w samochodzie a kierowcą stał się o. John SMA, posługujący na Misji w Bugisi. Droga wydawała się nieskończona choć to było tylko 3 km. Najpierw były skały nie do przejechania naszym niskim samochodem, potem wyschnięte koryto rzeczki i brak wyjazdu z niej, potem jeszcze dół na pół metra z którego musiałam wraz z młodzieńcem wypchać samochód. Wydawało mi się że minęło pół godziny zanim dojechaliśmy ale było to może 15 minut. Wyjeżdżając zza malutkiego wzgórza zobaczyliśmy kobietę na torach kolejowych, po których raz na 4 dni jakoś przejeżdża jeden pociąg. Gdy wybiegłam w sumie z wciąż jadącego samochodu zorientowałam się, że wszystko jest perfekcyjnie przygotowane do porodu !!!! Kobiecie towarzyszyła jej mama. Esther leżała w połowie na torach kolejowych więc tylko się odsunęłyśmy bardziej na bok w razie gdyby ten DZIEŃ pociągu przypadał właśnie dziś :) Dookoła towarzysząca jej mama rozłożyła materiały bo gdy dojechaliśmy to dziecko było już w połowie urodzone. W sumie samo się narodziło – zresztą tak jak fizjologia – położna nie odbiera, położna tylko PRZYJMUJE na świat dziecko, które rodzi się samo wraz ze współpracą mamy :) Tak więc na świat przyszła śliczna dziewucha. Mimo że było słonecznie to na tym wzniesieniu wiał lekki wiatr, który trochę nam przeszkadzał. Małą odpępniłam, zawinęłam w czyste materiały i przekazałam babci – niech się opiekuje. Obejrzałam się i zza samochodu wychylał się przestraszony o. John, który jeszcze chyba nie doszedł do siebie :) Jeszcze tylko mi i Esther zostało urodzić na spokojnie i w całości łożysko i zebrać się do szpitala. Starałam się być opanowana ale jak tu być 100% opanowanym gdy jest się w buszu, wieje wiatr, rękawiczki same się „rwą”, zacisk pępowinowy sam się wysuwa z rąk i spada na ziemię (dobrze że w zestaw „małej położnej” wsadziłam drugi zapasowy i więcej rękawiczek), jeden kocher (narzędzie medyczne) wypada też „sam” na ziemię i użyć nie można po raz drugi. Do tego cały mundur (lśniący, przygotowany na dzisiejszą wizytację) jest w wodach płodowych, piachu i krwi a i spodnie mi pękły na szwie podczas moich akrobacji na piaskowym wzgórzu. Powiedzcie mi, jak tu nie kochać położnictwa? :):):) Ogarnęłyśmy się dosyć szybko, spakowałyśmy do samochodu i wracamy droga powrotną, którą już znaliśmy więc ani nie utknęliśmy w rzeczce ani na skałach. Dojechaliśmy, odprowadziłam Esther na oddział położniczy i biegnę do domu znaleźć inny, lśniący mundur bo biskup dzwoni i mówi, że już są w Tinde czyli 10 minut od nas. Zdążyłam się przebrać, zszyć dziurę w spodniach i ochłonąć bo takiego porodu to jeszcze nie miałam :) Ale dla uśmiechu szczęśliwej Ester i jej 3,8 kilogramowej Moniki warto !!! No bo właśnie – mała będzie mieć na imię Monika :) Dziś nie protestowałam. Bo w ostatnich czasach imię Monika było zabronione w Bugisi. To cieszy, gdy kobiety chcą dać Twoje imię dziecku, które przyjmujesz na świat ale po prostu było już za dużo Monik... a przecież jest tyle piękniejszych imion więc teraz zgadzam się tylko w wyjątkowych przypadkach – tak jak teraz tego naszego Cudu z torów kolejowych:):):):):)
![]() |
| Monika z Moniką :) |
wtorek, 10 kwietnia 2012
Pasaka 2012
To już
druga Wielkanoc z rzędu, gdy nie ma bazi w wazonie ani kurczaka w święconce.
Atmosfera też jest inna. Ale to co jest najważniejsze jest przecież niezmienne
– Pan Jezus Zmartwychwstał bez względu na miejsce i ludzi. Także i my tutaj w
Bugisi mogliśmy być świadkami Jego ukrzyżowania, cierpienia a potem
Zmartwychwstania. Pragnę więc się z Wami podzielić krótko jak wyglądała
Wielkanoc na Misji Bugisi gdzie posługuję.
Wielki Czwartek,
rozpoczynające Triduum to dla mnie przede wszystkim dzień wdzięczności za
wszystkich moich znajomych kapłanów. W Bugisi tego dnia odbyła
się uroczysta Msza Święta, podczas której kapłani obmyli stopy 12 osobom jak to
uczynił Pan Jezus podczas ostatniej wieczerzy.
W
Wielki Piątek odbyła się główna Droga Krzyżowa na terenie Parafii. Przez
godzinę towarzyszyliśmy Panu Jezusowi w jego drodze krzyżowej przez naszą
Bugisyńską pół-pustynie. Przyszło bardzo dużo osób, choć nie wszyscy z pobudek
religijnych. Przychodzili także osoby innych wyznań po prostu obejrzeć
„przedstawienie”. Bardzo mnie poruszyła także Adoracja Krzyża, gdy patrzyłam na
dzieci, młodzież, starszych, którzy z wielką czcią i wzruszeniem podchodzili
„na klęczkach” by ucałować stopy Pana Jezusa. Jak wielka wiara jest w tych
prostych ludziach! Niejednokrotnie się tego dnia zawstydziłam!
W Wielką Sobotę popołudniu dopiero przygotowałyśmy naszą skromną święconkę, w
której znalazło się kilka kolorowych jajek, dzięki ozdobom przysłanym w paczce
z Polski. W zamrażarce znalazłyśmy
jeszcze jakiś kawałek wędzonki z Polski, zostawiony na okazje Śniadania
Wielkanocnego. Więc kulinarnie było wszystko gotowe. Jeszcze tylko kilka
telefonów do Polski, do rodziny i do przyjaciół i byłyśmy gotowe na tą niezwykłą
noc, WIELKĄ NOC! Ale... o godz. 6pm
czyli 2h przed rozpoczęciem Wigilii Pachalnej przyszło niecodzienne w Bugisi, oberwanie
chmury. Lało kolejne 4 godziny – na zewnątrz było wszystko zalane po kostki. Co chwilę
wyłączali i włączali prąd. Z mojej pięknego afrykańskiego, świątecznego
kompletu nici – musiałam wyciągnąć zimowe ubranie z szafy. Nie martwcie się,
nie tylko Wy nie mieliście dobrej pogody na święta. Ja chyba byłam ubrana podobnie jak wy. Ok, u
was było może 5*C, u nas 18*C ale dla mnie odczuwalne jak wasze 5*. A więc
ubrałam się w ciepłe spodnie, kurtkę z podpinką, grube skarpetki i buty górskie
(pożyczone od Joli) a na szyi gruba chusta. Wigilia Paschalna odbywała się w
kościele zewnętrznym więc dodatkowo wiało i naprawdę było zimno! To nie
przeszkodziło nam jednak powitać Zmartwychwstałego! Liturgia była przepiękna a tym bardziej że 80
osób dorosłych przyjęło Chrzest Święty i Pierwszą Komunię. Niezwykły był widok starszych
babć idących o lasce do źródła, gdzie
zostaną ochrzczone a potem ze wzruszeniem przyjmujące Pierwszą Komunię.
| Pierwsza Komunia Święta |
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego przyniosła
kolejne 60 chrztów tym razem dzieci. Niezmiernie się cieszyłam gdy pośród
maluchów przyjmujących ten sakrament wyłapałam kilkoro dzieci, które
przyjęłam na świat.
W sumie w tą Wielkanoc w całej Parafii czyli nie tylko w głównym kościele ale we wszystkich kaplicach dojazdowych chrzest przyjęło 250 osób :)
| z Moniką :) |
piątek, 6 kwietnia 2012
Z okazji Świąt Wielkiej Nocy...
... życzę Wam Kochani otuchy i odwagi płynących z krzyża, nadziei i wiary płynących z pustego grobu oraz miłości i radości od Zmartwychwstałego !
Z pamięcią i w modlitwie +
Monika Nowicka
środa, 28 marca 2012
Kochani, już jest i krąży!
Wystawa zdjęć o "Położnej w świecie kobiet Sukuma".
Wszystkich zainteresowanych wypożyczeniem wystawy zdjęć do szpitali, szkół, parafii, domów kultury itd. proszę o kontakt bezpośrednio z moją koordynatorką p.Bożeną Latocha telefonicznie: +48 517 552 009 bądź meilowo: lm@sma.pl
poniedziałek, 26 marca 2012
Czy w porodzie jest obecny Pan Bóg?
Kilka przykładów z życia naszej przychodni:
Mała Beatrice przyjęta była na nasz oddział z powodu poparzeń się owsianką – ok 40% jej ciała była głęboko poparzona. Jak się to stało? Beatrice bawiła się koło domu, a tutaj kuchnia czyli palenisko do gotowania znajdują się zazwyczaj na zewnątrz domu. Przez nieuwagę dziewczynka wpadła w garnek z owsianką, która o wiele gorzej niż woda powoduje poparzenia bo jest lepka, tłusta, ciężko ją usunąć z ciała. Rany były na tyle głębokie, że każda zmiana opatrunku była robiona pod znieczuleniem ketaminą gdy dziewczynka spała bo nie wytrzymała by bólu na żywo. Mama Beatrice była w 9 miesiącu drugiej ciąży i dzielnie opiekowała się nią na oddziale. Stan dziewczynki był ciężki choć stabilny lecz po tygodniu nagle pogorszył się. Tego dnia rano u mamy rozpoczął się poród więc przyjęliśmy ją na oddział położniczy. Stan Beatrice się pogarszał ale nie mówiliśmy tego mamie, by mogła w spokoju urodzić swoje drugie dziecko. Niestety, Beatrice w południe odeszła po cichu z tego świata a w chwilę potem na świecie zawitał jej młodszy braciszek. Trudno było odróżnić u mamy łzy szczęścia i rozpaczy gdy niedługo potem dowiedziała się o śmierci Beatrice...
W ostatni poniedziałek przyszła do nas do porodu 36-letnia Magreth. Była to 6 ciąża i była zarażona wirusem HIV. Wszystko odbyłoby się jak należy gdyby nie to, że częścią przodującą a jednocześnie wypadniętą była pępowina. Szyjka rozwarta na 6cm, pęknięty pęcherz płodowy i silna, regularna czynność skurczowa co 3 minuty i niestety nieregularna czynność serca dziecka. W ciągu 5 minut siedzieliśmy już w samochodzie i pędziliśmy do szpitala – byłyśmy we dwie z Mamą Adą, b. doświadczoną pielęgniarką– ona siedziała z pacjentką z tyłu, w rękawiczkach bo przecież wszystko się może zdarzyć. Magreth leżała na tylnim siedzeniu z podniesioną miednicą by jak bardziej zmniejszyć siłę naciskania główki na pępowinę w trakcie skurczu. Ja jeszcze tylko zdążyłam napisać smsa do znajomych, żeby się modlili o szczęśliwe dotarcie do szpitala. Przed nami była godzina drogi a skurcze naprawdę częste i mocne. W sumie sama nie wierzyłam że się uda ale dojechaliśmy, dzięki Bogu! To był naprawdę cud! Jeszcze tylko na izbie przyjęć spotkanie z lekarzem na dyżurze, który z nieukrywaną złością powiedział, że on nie chce tu tej pacjentki w ogóle widzieć. Mieliśmy go gdzieś, najważniejsza była wtedy Magreth i jej dziecko więc wzięłam pierwszy lepszy wózek stojący na korytarzu i pognaliśmy na salę porodową. Położnych tam akurat było dużo, nie wszystkie były miłe i miło na nas patrzące. Ta milsza położna szybko ją zbadała – było 9cm. Gdy zapytałam czy zrobią jej zaraz cięcie cesarskie – tym razem ta niemiła „położna” (aż przykro, że się tak nazywa) – ślimaczym tempem, odpowiedziała – „może zrobimy... może nie zrobimy...” . AHA!!! Dostałyśmy też z Mamą Adą znak, że czas się ewakuować więc jeszcze tylko słowa otuchy dla przestraszonej Magreth i wróciliśmy do domu. Wiemy, że jednak zrobili cięcie cesarskie i dziecko było żywe – ale jak będzie się dalej rozwijało po tym niedotlenieniu tego nie wiemy.
Nasz ostatni miesiąc upłynął niestety pod znakiem głównie poronień. Codziennie przychodziły do nas kobiety z tym problemem ale opiszę Wam tylko kilka najcięższych przypadków – najcięższych medycznie i psychicznie dla nas.
Sarah, 33letnia ciężarna przyszła do nas w 20tygodniu ciąży z zagrożonym poronieniem. Objawy – ból w podbrzuszu, krwawienie z dróg rodnych. Badanie USG pokazało że, dziecko żyje, jest w dobrym stanie, „jedynie” łożysko zaczęło się odklejać. Przyjęliśmy ją na oddział i chcieliśmy podać leki podtrzymujące ciąże. Wtedy Sarah odmówiła leczenia bo jak stwierdziła, jednak chciałaby się cyt. „pozbyć ciąży, skoro poronienie już się rozpoczęło”. Byłam w szoku, zaczęłam z nią rozmawiać i rozmawiać i rozmawiać. Opowiedziała o swojej sytuacji z mężem – akurat byli w konflikcie, ona była święcie przekonana że on tego dziecka nie chce, bała się, że ją zostawi itd. Potem udało mi się też porozmawiać z mężem, który przedstawił swoją wersję i jednocześnie zapewnił o swojej miłości do ich dziecka. Porozmawiałam z nią znowu i błagałam by raz jeszcze przemyślała swoją decyzję. Bardzo się wzruszyłam gdy zawołała mnie później i oznajmiła „ Monika, proszę, ratuj to dziecko, chcę je urodzić”. Zaczęliśmy leczenie a w międzyczasie wyniki jej badań pokazały, że Sarah ma również malarię i kiłę. Po kilku godzinach, gdy Sarah poszła do toalety pękł pęcherz płodowy. Skurcze przybrały na sile a szyjka macicy rozwarta była na 4cm, już wiedziałam że nic nie uda nam się zrobić. Po niecałej godzinie przyjęłam na świat 400g dziewczynkę, która po urodzeniu wciąż żyła i zaciskała mocno swoje małe rączki. Mama w ostatniej chwili poprosiła mnie o chrzest i za dosłownie chwilkę mała Maria (tak mama dała jej na imię) zasnęła w Panu. Sarah jeszcze kilka dni leżała u nas na oddziale ale psychicznie nie mogła się po tym pozbierać.
Kolejny przypadek poronienia to 23letnia Mwajuma także w 20 tygodniu ciąży. Badanie USG wykazało, że dziecko już zmarło. Była także czynność skurczowa i pęknięty pęcherz płodowy i krwawienie z dróg rodnych. Jedynie czego brakowało to postępu porodu – szyjka rozwarta na 7 cm i tak przez kilka godzin pomimo silnej czynności skurczowej. Po jakimś czasie nie mieliśmy już innego wyjścia więc dziewczyna zaczęła przeć spontanicznie podczas skurczu. Parła i parła aż się udało i chłopiec się urodził. Naszym kolejnym problemem była „zmęczona macica” i przyrośnięte łożysko. Nie było sposobu by je oddzielić. Byliśmy we 3 – naszych 2 felczerów – Jackie, Moses oraz ja. Zmienialiśmy się co chwilę próbując innych sposobów ale każda próba ręcznego oddzielenia i wydobycia łożyska kończyła się uwolnionym jedynie mniejszym bądź większym kawałkiem. Kawałek po kawałku – udało się w większości. Następnie dokładne wyłyżeczkowanie jamy macicy i mogliśmy odetchnąć, bo tym razem się udało. Ale co zrobić gdy już nie ma innego wyjścia?
Kolejny ciężki przypadek to wewnątrzmaciczna śmierć dziecka 28-letniej Theresy. Przyszła do nas z bólem głowy, obrzękiem nóg i obwitym krwawieniem z dróg rodnych od 4 godzin, rozwarcie szyjki macicy – 4cm. Diagnoza z USG – 30tydzień ciąży, dziecko zmarło a łożysko odklejające się. Ciśnienie krwi – 220/150 . Na cito 1g methyldopy i organizujemy się do szpitala. Ale do jakiego szpitala jak jest 9 rano i właśnie się dowiedzieliśmy że nasz najbliższy (1h drogi) szpital strajkuje i nie przyjmuje pacjentów? Drugi szpital też objęty strajkiem lekarzy. A myślicie że tu strajk tzn. że część strajkuje a część pracuje? Nie, jak jest strajk w szpitalu to nikt nie pracuje. Gdy był strajk lekarzy ok. 2 miesięcy temu to w szpitalach w całej Tanzanii zmarło wiele osób. Teraz też nie zapowiada się, że ktokolwiek przeprowadzi cięcie cesarskie na cito dla naszej pacjentki. Więc jaka decyzja? Zawieść do szpitala i może dostanie jakąś pomoc czy zostawić u nas i modlić się po 1) o zakończenie strajku a po 2) by Theresa nie zmarła na naszych oczach z powodu rzucawki bądź innego powikłania okołoporodowego? Ostatecznie ją zostawiliśmy – jak na złość ciśnienie nie chciało zejść ale za to krwawienie było mniejsze. Czynność skurczowa też słaba. Podjęliśmy ryzykowną (dla nas – bo jako przychodnia zdrowia nie możemy tego robić) decyzje podania kroplówki naskurczowej ale coś zrobić przecież musieliśmy. Prócz tego nawodnienie, preparaty żelaza i częsta kontrola ciśnienia krwi. Ciśnienie zaczęło powoli spadać po ok. 2 godzinach, doszło do 160/120 a krwawienie było niewielkie. Kroplówka naskurczowa niestety nie polepszyła stanu położniczego, dotarliśmy tylko do 5cm. Wieczorem dostaliśmy informację, że szpital zaczął znowu normalnie funkcjonować więc jak najszybciej Theresa pojechała do szpitala. Udało się uratować choć 1 życie...
Już myślałam że ciężkie przypadki mnie nie zaskoczą ale pomyliłam się gdy przyszła kolejna pacjentka po poronieniu. 23letnia Suzanna w 2 ciąży – kilka dni temu wypiła lokalne zioła w celu usunięcia ciąży. Od tego czasu jak mówiła, bolało ja podbrzusze i krwawiła, później zaczęła gorączkować. Dzień wcześniej, zanim przyszła do nas do kliniki urodziła w domu martwe dziecko. Był to 4 miesiąc ciąży. Problem był w tym, że łożysko się nie odkleiło i dziecko zawinięte w materiał, było wciąż połączone pępowiną z łożyskiem. Od narodzin minęła już 1 doba a od poronienia kilka dni. Pacjentka miała już posocznicę... Ponownie próbowaliśmy naszych wspólnych sił by ręcznie oddzielić i wydobyć łożysko – zajęło nam to 3 godziny i znowu powoli, małymi kawałkami - udało się. Dziewczyna była nieprzytomna przez kolejnych parę godzin, dostała bardzo mocną antybiotykoterapię i preparaty żelaza bo poziom Hb we krwi wynosił już 6,5 g/dl. Wyszła z tego po kilku dniach... ale nie dość, że zabiła swoje dziecko to o mały włos a zabiłaby także siebie.
Ostatni już przypadek poronienia to kolejna młoda dziewczyna, Magreth, której zmarłe, nienarodzone dziecko utknęło w szyjce macicy i pomimo silnej czynności skurczowej – nie mogło się narodzić. To był 16tydzień ciąży. Nie pomógł Buscopan by „zmiękczyć” szyjkę macicy, która była względnie twarda, pomimo że rozwarta na 3 cm. Nie pomógł Mizoprostol. Ręczna próba też się nie powiodła. Jackie, nasza felczerka, z b. dużym doświadczeniem „trudnych porodów” zaproponowała to czego ja na studiach nie chciałam się uczyć z naszego podręcznika położniczego. Rozdział się nazywał „ Operacje pomniejszające objętość płodu”. Nie będę dokładnie pisać co to znaczy bo to brzmi drastycznie a nie tylko „medyczni” czytają tego bloga. Wskazania były i zagrożenie też było... Błagałam Jackie żeby jeszcze tego nie robiła, by dała jeszcze jej 15 minut. Usiadłam i modliłam się by się udało, by dziewczyna sama urodziła, bez konieczności wykonania tego drastycznego zabiegu. A Pan Bóg wysłuchuje próśb takich grzeszników jak ja i po ok. 20 minut martwe dzieciątko narodziło się samo w całości. Ufff...
Podczas tego porodu, gdy daliśmy sobie te 15 minut, Jackie mi opowiedziała o swoim wykładowcy – lekarzu położniku, który przez cały czas zajęć im powtarzał – „Pamiętajcie, w położnictwie, a szczególnie w porodzie – nie ma Pana Boga – jesteś tylko ty i pacjentka”. Szczególnie ten ostatni przypadek ale i te wszystkie poprzednie pokazały mi jednoznacznie że to nie jest prawda! Wierzę, że gdyby nie Opatrzność Boża i Jego prowadzenie nas – nie można by uratować tak wielu ludzi. To niesamowite jak wiele małych-wielkich cudów tu się zdarza każdego dnia. Zresztą nie tylko tu – wszędzie – u Was też – tylko uwierzcie.
ŻYCIE JEST CUDEM!
Mała Beatrice przyjęta była na nasz oddział z powodu poparzeń się owsianką – ok 40% jej ciała była głęboko poparzona. Jak się to stało? Beatrice bawiła się koło domu, a tutaj kuchnia czyli palenisko do gotowania znajdują się zazwyczaj na zewnątrz domu. Przez nieuwagę dziewczynka wpadła w garnek z owsianką, która o wiele gorzej niż woda powoduje poparzenia bo jest lepka, tłusta, ciężko ją usunąć z ciała. Rany były na tyle głębokie, że każda zmiana opatrunku była robiona pod znieczuleniem ketaminą gdy dziewczynka spała bo nie wytrzymała by bólu na żywo. Mama Beatrice była w 9 miesiącu drugiej ciąży i dzielnie opiekowała się nią na oddziale. Stan dziewczynki był ciężki choć stabilny lecz po tygodniu nagle pogorszył się. Tego dnia rano u mamy rozpoczął się poród więc przyjęliśmy ją na oddział położniczy. Stan Beatrice się pogarszał ale nie mówiliśmy tego mamie, by mogła w spokoju urodzić swoje drugie dziecko. Niestety, Beatrice w południe odeszła po cichu z tego świata a w chwilę potem na świecie zawitał jej młodszy braciszek. Trudno było odróżnić u mamy łzy szczęścia i rozpaczy gdy niedługo potem dowiedziała się o śmierci Beatrice...
Jednej nocy
wezwali mnie do 3miesięcznych bliźniaków, które przynieśli rodzice. Starsza
dziewczynka, Kulwa ważyła 3,1kg a młodsza Dotto 2,1kg. Obydwie były
niedożywione, odwodnione, chore na malarię i zapalenie płuc. W gorszym stanie
była Dotto, wyglądała naprawdę bardzo źle. 2 doby walczyliśmy o jej życie i
dzięki Bogu, udało się! Dziewczynki po tygodniu zostały wypisane do domu.
Innej nocy zaś
wezwali mnie do 35letniej Suzanny pobitej przez swojego byłego męża, który
kilka lat temu ją zostawił dla innej kobiety a teraz gdy wrócił „do domu”
spotkał jej drugiego partnera i zaczęła się wojna. Szanowny małżonek najpierw okładał
Suzanne drewnianym kołkiem, wbijając z całej siły jego koniec w jej brzuch, a
na koniec chwycił za nóż i zadawał im obojgu rany cięte. Suzanna została
przywieziona do nas z bardzo głęboką raną ciętą ramienia. Piszę „przywieziona”
bo dzięki Bogu została znaleziona o 1 w nocy na głównej drodze przez naszego
felczera Mosesa – to on ją do nas przywiózł. Zanim ja doszłam do kliniki Moses
zaczął już szyć ranę która bardzo obficie krwawiła – wszystko dookoła było krwi
– 10 szwów wystarczyło. Podłączyłam jej nawodnienie ale jej stan się pogarszał.
Ciśnienie zaczęło spadać, a jej brzuch po prostu „puchł”, był bardzo bolesny a
Suzanna zaczęła powoli tracić przytomność. Nie jestem lekarzem, nie znam się za
bardzo ale pomyślałam sobie wtedy, że prawdopodobnie doszło do krwotoku
wewnętrznego przez te uderzenia kijem i musimy jak najszybciej zawieść ją do
szpitala. Zadzwoniłam po Mosesa czy mógłby ją asekurować w nocy do szpitala –
ja ze względów bezpieczeństwa nie mogę w nocy jeździć z pacjentami. Zgodził się więc trzeba było
jeszcze znaleźć samochód. Dosyć szybko się znalazł – na nikogo nie można w nocy
„tak liczyć” jak na kilku bardzo bogatych Omanów mieszkających w najbliższym
miasteczku i mających samochody. Oni prawie zawsze przyjadą, niestety tylko ze
względu na pieniądze. Rzucają wtedy takie ceny za transport, że mi się nogi
uginają ale wiedzą że mogą - bo nikt
inny nie pojedzie a jak liczą się minuty by kogoś uratować – to oni na tym
korzystają finansowo. Wtedy w nocy też rzucili mi OGROMNĄ!!!!!!!!!!!!! cenę ale czy ktoś odmówi? Do tego pacjentka
była sama, żadnych krewnych i ani grosza przy sobie. Dobrze, że są osoby które
przekazują mi jakieś drobne ofiary pieniężne na moich pacjentów a grosz do
grosza i zbiera się jakaś suma, którą mogę właśnie wykorzystać na takie
sytuacje. W tym miejscu chce Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować za
wasze wsparcie. Naprawdę, ratujecie ludzkie życie!
Gdy
wsadzaliśmy ją do samochodu Suzanna była już nieprzytomna. Wyjechali o 2 a
przed nimi godzina drogi. O 3 zadzwonił Moses, że dojechali do szpitala,
Suzanna wciąż żyła, a ja dopiero wtedy mogłam zasnąć. Przez kolejne dni
dochodziły do nas różne informacje – jedni ludzie mówili, że zmarła, inni że
żyje. Jedni mówili, że jej drugi mąż zmarł a pierwszego policja zatrzymała w
więzieniu. Po 2tygodniach wreszcie przyszła do nas sama Suzanna. Właśnie wyszła
ze szpitala. Gdy mi opowiadała co się działo w szpitalu to myślałam, że albo ja
nie rozumiem jeszcze w języku suahili co ona mówi albo tu są jakieś inne
procedury medyczne. A więc owszem, Suzanna miała krwotok wewnętrzny; gdy
odzyskała przytomność po dwóch dniach, poinformowali ją, że z jej jamy
brzusznej ewakuowali drenażem ok. 2 litrów krwi, jednocześnie przetaczając 4 litrów krwi i 8 litrów płynów infuzyjnych. Nie otwierali jednak jamy brzusznej.
Gdy Suzanna do nas przyszła, wciąż skarżyła się na ból brzucha i ciągłe zawroty
głowy. Jej poziom hemoglobiny wynosił 7,2 g/dl. Następnego dnia pojechała na
kontrolę do szpitala ale od tamtej pory nie słyszałam już o niej żadnych
informacji...
W ostatni poniedziałek przyszła do nas do porodu 36-letnia Magreth. Była to 6 ciąża i była zarażona wirusem HIV. Wszystko odbyłoby się jak należy gdyby nie to, że częścią przodującą a jednocześnie wypadniętą była pępowina. Szyjka rozwarta na 6cm, pęknięty pęcherz płodowy i silna, regularna czynność skurczowa co 3 minuty i niestety nieregularna czynność serca dziecka. W ciągu 5 minut siedzieliśmy już w samochodzie i pędziliśmy do szpitala – byłyśmy we dwie z Mamą Adą, b. doświadczoną pielęgniarką– ona siedziała z pacjentką z tyłu, w rękawiczkach bo przecież wszystko się może zdarzyć. Magreth leżała na tylnim siedzeniu z podniesioną miednicą by jak bardziej zmniejszyć siłę naciskania główki na pępowinę w trakcie skurczu. Ja jeszcze tylko zdążyłam napisać smsa do znajomych, żeby się modlili o szczęśliwe dotarcie do szpitala. Przed nami była godzina drogi a skurcze naprawdę częste i mocne. W sumie sama nie wierzyłam że się uda ale dojechaliśmy, dzięki Bogu! To był naprawdę cud! Jeszcze tylko na izbie przyjęć spotkanie z lekarzem na dyżurze, który z nieukrywaną złością powiedział, że on nie chce tu tej pacjentki w ogóle widzieć. Mieliśmy go gdzieś, najważniejsza była wtedy Magreth i jej dziecko więc wzięłam pierwszy lepszy wózek stojący na korytarzu i pognaliśmy na salę porodową. Położnych tam akurat było dużo, nie wszystkie były miłe i miło na nas patrzące. Ta milsza położna szybko ją zbadała – było 9cm. Gdy zapytałam czy zrobią jej zaraz cięcie cesarskie – tym razem ta niemiła „położna” (aż przykro, że się tak nazywa) – ślimaczym tempem, odpowiedziała – „może zrobimy... może nie zrobimy...” . AHA!!! Dostałyśmy też z Mamą Adą znak, że czas się ewakuować więc jeszcze tylko słowa otuchy dla przestraszonej Magreth i wróciliśmy do domu. Wiemy, że jednak zrobili cięcie cesarskie i dziecko było żywe – ale jak będzie się dalej rozwijało po tym niedotlenieniu tego nie wiemy.
Nasz ostatni miesiąc upłynął niestety pod znakiem głównie poronień. Codziennie przychodziły do nas kobiety z tym problemem ale opiszę Wam tylko kilka najcięższych przypadków – najcięższych medycznie i psychicznie dla nas.
Sarah, 33letnia ciężarna przyszła do nas w 20tygodniu ciąży z zagrożonym poronieniem. Objawy – ból w podbrzuszu, krwawienie z dróg rodnych. Badanie USG pokazało że, dziecko żyje, jest w dobrym stanie, „jedynie” łożysko zaczęło się odklejać. Przyjęliśmy ją na oddział i chcieliśmy podać leki podtrzymujące ciąże. Wtedy Sarah odmówiła leczenia bo jak stwierdziła, jednak chciałaby się cyt. „pozbyć ciąży, skoro poronienie już się rozpoczęło”. Byłam w szoku, zaczęłam z nią rozmawiać i rozmawiać i rozmawiać. Opowiedziała o swojej sytuacji z mężem – akurat byli w konflikcie, ona była święcie przekonana że on tego dziecka nie chce, bała się, że ją zostawi itd. Potem udało mi się też porozmawiać z mężem, który przedstawił swoją wersję i jednocześnie zapewnił o swojej miłości do ich dziecka. Porozmawiałam z nią znowu i błagałam by raz jeszcze przemyślała swoją decyzję. Bardzo się wzruszyłam gdy zawołała mnie później i oznajmiła „ Monika, proszę, ratuj to dziecko, chcę je urodzić”. Zaczęliśmy leczenie a w międzyczasie wyniki jej badań pokazały, że Sarah ma również malarię i kiłę. Po kilku godzinach, gdy Sarah poszła do toalety pękł pęcherz płodowy. Skurcze przybrały na sile a szyjka macicy rozwarta była na 4cm, już wiedziałam że nic nie uda nam się zrobić. Po niecałej godzinie przyjęłam na świat 400g dziewczynkę, która po urodzeniu wciąż żyła i zaciskała mocno swoje małe rączki. Mama w ostatniej chwili poprosiła mnie o chrzest i za dosłownie chwilkę mała Maria (tak mama dała jej na imię) zasnęła w Panu. Sarah jeszcze kilka dni leżała u nas na oddziale ale psychicznie nie mogła się po tym pozbierać.
Kolejny przypadek poronienia to 23letnia Mwajuma także w 20 tygodniu ciąży. Badanie USG wykazało, że dziecko już zmarło. Była także czynność skurczowa i pęknięty pęcherz płodowy i krwawienie z dróg rodnych. Jedynie czego brakowało to postępu porodu – szyjka rozwarta na 7 cm i tak przez kilka godzin pomimo silnej czynności skurczowej. Po jakimś czasie nie mieliśmy już innego wyjścia więc dziewczyna zaczęła przeć spontanicznie podczas skurczu. Parła i parła aż się udało i chłopiec się urodził. Naszym kolejnym problemem była „zmęczona macica” i przyrośnięte łożysko. Nie było sposobu by je oddzielić. Byliśmy we 3 – naszych 2 felczerów – Jackie, Moses oraz ja. Zmienialiśmy się co chwilę próbując innych sposobów ale każda próba ręcznego oddzielenia i wydobycia łożyska kończyła się uwolnionym jedynie mniejszym bądź większym kawałkiem. Kawałek po kawałku – udało się w większości. Następnie dokładne wyłyżeczkowanie jamy macicy i mogliśmy odetchnąć, bo tym razem się udało. Ale co zrobić gdy już nie ma innego wyjścia?
Kolejny ciężki przypadek to wewnątrzmaciczna śmierć dziecka 28-letniej Theresy. Przyszła do nas z bólem głowy, obrzękiem nóg i obwitym krwawieniem z dróg rodnych od 4 godzin, rozwarcie szyjki macicy – 4cm. Diagnoza z USG – 30tydzień ciąży, dziecko zmarło a łożysko odklejające się. Ciśnienie krwi – 220/150 . Na cito 1g methyldopy i organizujemy się do szpitala. Ale do jakiego szpitala jak jest 9 rano i właśnie się dowiedzieliśmy że nasz najbliższy (1h drogi) szpital strajkuje i nie przyjmuje pacjentów? Drugi szpital też objęty strajkiem lekarzy. A myślicie że tu strajk tzn. że część strajkuje a część pracuje? Nie, jak jest strajk w szpitalu to nikt nie pracuje. Gdy był strajk lekarzy ok. 2 miesięcy temu to w szpitalach w całej Tanzanii zmarło wiele osób. Teraz też nie zapowiada się, że ktokolwiek przeprowadzi cięcie cesarskie na cito dla naszej pacjentki. Więc jaka decyzja? Zawieść do szpitala i może dostanie jakąś pomoc czy zostawić u nas i modlić się po 1) o zakończenie strajku a po 2) by Theresa nie zmarła na naszych oczach z powodu rzucawki bądź innego powikłania okołoporodowego? Ostatecznie ją zostawiliśmy – jak na złość ciśnienie nie chciało zejść ale za to krwawienie było mniejsze. Czynność skurczowa też słaba. Podjęliśmy ryzykowną (dla nas – bo jako przychodnia zdrowia nie możemy tego robić) decyzje podania kroplówki naskurczowej ale coś zrobić przecież musieliśmy. Prócz tego nawodnienie, preparaty żelaza i częsta kontrola ciśnienia krwi. Ciśnienie zaczęło powoli spadać po ok. 2 godzinach, doszło do 160/120 a krwawienie było niewielkie. Kroplówka naskurczowa niestety nie polepszyła stanu położniczego, dotarliśmy tylko do 5cm. Wieczorem dostaliśmy informację, że szpital zaczął znowu normalnie funkcjonować więc jak najszybciej Theresa pojechała do szpitala. Udało się uratować choć 1 życie...
Już myślałam że ciężkie przypadki mnie nie zaskoczą ale pomyliłam się gdy przyszła kolejna pacjentka po poronieniu. 23letnia Suzanna w 2 ciąży – kilka dni temu wypiła lokalne zioła w celu usunięcia ciąży. Od tego czasu jak mówiła, bolało ja podbrzusze i krwawiła, później zaczęła gorączkować. Dzień wcześniej, zanim przyszła do nas do kliniki urodziła w domu martwe dziecko. Był to 4 miesiąc ciąży. Problem był w tym, że łożysko się nie odkleiło i dziecko zawinięte w materiał, było wciąż połączone pępowiną z łożyskiem. Od narodzin minęła już 1 doba a od poronienia kilka dni. Pacjentka miała już posocznicę... Ponownie próbowaliśmy naszych wspólnych sił by ręcznie oddzielić i wydobyć łożysko – zajęło nam to 3 godziny i znowu powoli, małymi kawałkami - udało się. Dziewczyna była nieprzytomna przez kolejnych parę godzin, dostała bardzo mocną antybiotykoterapię i preparaty żelaza bo poziom Hb we krwi wynosił już 6,5 g/dl. Wyszła z tego po kilku dniach... ale nie dość, że zabiła swoje dziecko to o mały włos a zabiłaby także siebie.
Ostatni już przypadek poronienia to kolejna młoda dziewczyna, Magreth, której zmarłe, nienarodzone dziecko utknęło w szyjce macicy i pomimo silnej czynności skurczowej – nie mogło się narodzić. To był 16tydzień ciąży. Nie pomógł Buscopan by „zmiękczyć” szyjkę macicy, która była względnie twarda, pomimo że rozwarta na 3 cm. Nie pomógł Mizoprostol. Ręczna próba też się nie powiodła. Jackie, nasza felczerka, z b. dużym doświadczeniem „trudnych porodów” zaproponowała to czego ja na studiach nie chciałam się uczyć z naszego podręcznika położniczego. Rozdział się nazywał „ Operacje pomniejszające objętość płodu”. Nie będę dokładnie pisać co to znaczy bo to brzmi drastycznie a nie tylko „medyczni” czytają tego bloga. Wskazania były i zagrożenie też było... Błagałam Jackie żeby jeszcze tego nie robiła, by dała jeszcze jej 15 minut. Usiadłam i modliłam się by się udało, by dziewczyna sama urodziła, bez konieczności wykonania tego drastycznego zabiegu. A Pan Bóg wysłuchuje próśb takich grzeszników jak ja i po ok. 20 minut martwe dzieciątko narodziło się samo w całości. Ufff...
Podczas tego porodu, gdy daliśmy sobie te 15 minut, Jackie mi opowiedziała o swoim wykładowcy – lekarzu położniku, który przez cały czas zajęć im powtarzał – „Pamiętajcie, w położnictwie, a szczególnie w porodzie – nie ma Pana Boga – jesteś tylko ty i pacjentka”. Szczególnie ten ostatni przypadek ale i te wszystkie poprzednie pokazały mi jednoznacznie że to nie jest prawda! Wierzę, że gdyby nie Opatrzność Boża i Jego prowadzenie nas – nie można by uratować tak wielu ludzi. To niesamowite jak wiele małych-wielkich cudów tu się zdarza każdego dnia. Zresztą nie tylko tu – wszędzie – u Was też – tylko uwierzcie.
| Moje pierwsze kwiaty od pacjenta :) Pamiętacie jeszcze Johna? :) |
![]() |
| Czy położna może szyć tylko perineum? |
![]() |
| 2 z 3 trojaczków - ostatnia dziewczynka zmarła po narodzinach. |
![]() |
| Pamiętacie wcześniaka Eryczka? |
ŻYCIE JEST CUDEM!
Rodzice z "kontrolą" ;) no i wakacje :)
Tak, to niesamowite gdy twoi rodzice pokonują 13 000km
by zobaczyć Twój drugi dom. Ja miałam to szczęście, że moi rodzice odważnie się
na to zdecydowali i wraz z moją przyjaciółką Olą przylecieli do Tanzanii na 3
tygodnie. Niektórzy mówią, że nasze wspólne 3 tygodnie wyglądało jako 2
miesiące bo podczas tak krótkiego czasu zobaczyliśmy tak wiele i odwiedziliśmy
tak wiele miejsc. Pozwólcie, że podzielę się z Wami naszym wspólnym urlopem i
pięknymi miejscami w Tanzanii.
Z
Zanzibaru przylecieliśmy ( to aż 1200km) na drugi „koniec” Tanzanii, nasz
„koniec” bo to okolice Mwanzy i Jeziora Wiktorii. Mwanza to trochę już inny
świat niż ten, który do tej pory nasi „goście” poznali więc doszły kolejne
pytania, zachwyty, zagadki. Z Mwanzy
udaliśmy się do Serengeti, po drodze korzystając z gościnności naszych
przyjaciół, ks. Wojtka Kościelniaka oraz Agatki Krupy na Misji Kiabakari w
regionie Mara, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. A Serengeti, cóż... zachwycało
każdym zwierzakiem, każdym widokiem. Widzieliśmy praktycznie wszystko co
możliwie a najważniejsze dla mnie czyli żyrafki były na wyciągnięcie ręki.
Safari to prawdziwa przygoda więc u nas też się nie odbyło bez niespodzianek
gdy się zgubiliśmy na tych bezkresnych równinach i nie mogliśmy odszukać drogi
do powrotnej. Inna niespodzianka to podenerwowany samiec słoń, który nas chciał
trochę postraszyć :) Co tu więcej opowiadać, zobaczcie po prostu zdjęcia:)
Po Serengeti przyszedł czas na pokazanie mojego domu w Tanzanii czyli misji Bugisi gdzie mieszkam i posługuję. Przyjazd w czwartek, zwiedzanie naszych miejsc pracy, mojego i Joli czyli przychodni zdrowia i szkoły. W piątek zaś udaliśmy się na kigango czyli stacji dojazdowej parafii Bugisi. W Naszej parafii jest 29 kiganek czyli takich kaplic dojazdowych, do których tak często jak to możliwe udaje się ksiądz misjonarz z posługą pastoralną. Tak często tzn. ok. raz na 2/3 miesiące. Nie myślcie tylko, że wierni z każdego kiaganga udają się do swojego kościoła tylko raz na 3 miesiące. Wręcz przeciwnie! Prężnie działają wspólnoty parafialne, wszyscy spotykają się w każda niedziele w kaplicy na wspólnym nabożeństwie. Ogromną rolę odgrywają tutaj świeccy ludzie czyli katechiści (kobiety i mężczyźni). To oni gromadzą na modlitwę małe wspólnoty – w każdą niedzielę czytane jest Słowo Boże, Katechiści głoszą przygotowaną katechezę a następnie rozdają wiernym Komunie Świętą. My tego dnia mogliśmy pojechać na kigango Ilola wraz z ks. Januszem Pociaskiem SMA, proboszczem naszej parafii. Najpierw była piękna Msza Święta, później posiłek w domu jednej z parafianek a następnie udaliśmy się z sakramentami do chorych.
Bugisi opuściliśmy w niedzielę bo w poniedziałek lecieliśmy poznać „Massai land” czyli Arushę i okolice. Na lotnisku czekał na nas ks. Arek SMA, który jest skarbnicą wiedzy o Masajach a raczej duchowo sam już się stał Masajem :) Kolejne dni spędziliśmy na Misji Moita Bwawani gdzie pracuje On wraz z innymi Misjonarzami SMA. Misja ta jest położona dokładnie na terenie zamieszkanym przez Masajów więc odgłosy masajskich ozdób, dzwony zawieszone na krowich szyjach, przepięknie brzmiący język maa ubogacały cisze dookoła. Wtorek i środa to czas odwiedzin – szczególnie tych osób, których miałam okazję poznać podczas ostatniej mojej wizyty w Moita Bwawani. To była Nandito, Helenka, Ester, Mama Pendo. Była wymiana upominków i „handel” masajskimi ozdobami i nie tylko. Udało nam się odkupić oryginalne „pojemniki na mleko” – najważniejszy napój Masajów. Moja kibuyu (tzw. bukwa) środku przepięknie pachnie mlekiem i dymem – jest już w Polsce więc każdego kto chce poczuć się trochę jak w masajskiej bomie – zapraszam na wąchanie i podróżowanie zmysłami do świata masajskiego.
Wszystko
to dobre szybko się kończy więc po 3 wspólnych tygodniach, ponad 3000 km
pokonanych, pożegnałam na chwilę moich bliskich – rodziców i Olę bo przecież ja
za niedługo już ląduję w Polsce na urlop :) a więc mówię im i wam DO ZOBACZENIA WKRÓTCE!
Zaczęliśmy od Zanzibaru gdzie spędziliśmy w sumie 5 dni.
Zanzibar to wyspa należąca teoretycznie do Tanzanii choć praktycznie
Zanzibarczycy podkreślają swoją niezależność od „stałego lądu” - mają osobnego
prezydenta i rząd itd. Popłynęliśmy tam promem co było bardzo fajnym wyborem
choć tym, którzy borykają się z chorobą morską – nie polecam! Mieszkaliśmy nad
pięknym wschodnim brzegiem Zanzibaru w miejscowości Jambiani, godzinę drogi od
stolicy zwanej także Zanzibar. Nasz dom położony był nad samą plażą albo raczej
na plaży. Woda przepięknie lazurowa, miejscami widać piękną rafę koralową.
Najciekawsze były dla mnie przypływy i odpływy – gdy kiedyś ktoś mi o nich
opowiadał nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. A więc mogliśmy obserwować w
ciągu jednego dnia 2 przypływy i 2 odpływy. Podczas przypływu woda sięgała
ogrodzenia naszego domu . Podczas odpływu woda odchodziła w głąb na odległość
ok. 1 km. Różnica między przypływem a odpływem wynosiła 6 godzin a więc np. o 6
rano był szczyt przypływu a następnie woda powoli „cofała się” tak, że o
godz.12 w południe była najdalej wysunięta od brzegu. Potem zaczynała powracać
tak że o 6 wieczorem znów plaża była cała w wodzie a 12 w nocy kolejny odpływ.
Odpływ poranny to czas pracy dla wielu Zanzibarskich kobiet bowiem na dnie
oceanu znajdują się całe pola, plantacje wodorostów, które sprzedawane na skup
stają się źródłem dochodu wielu rodzin. Kobiety codziennie rano wychodzą w ocean
by przesadzać, wiązać, pielęgnować, zrywać swoje wodorosty. Podczas odpływu
woda sięga im do kolan. Czeka ich kilka godzin pracy, ograniczonych godzin bo
zaraz gdy zaczyna się przypływ powoli zbierają się do domu a ich wodorosty
zostają przykryte kilkumetrową wodą. I tak do następnego dnia. Praca ta jest
bardzo ciężka, a jak mówią, za kilogram wodorostów dostają na skupie 400
szylingów czyli ok. 80 groszy. Do tego ciągła praca w wodzie, na prażącym
słońcu. Ale nie tylko są mistrzyniami w plantacji wodorostów – są też
mistrzyniami w poruszaniu się po wodzie, w której znajdują się ogromne ilości
kolców. Ja pierwszego dnia byłam tak zachwycona odpływem że bez żadnego obuwia
zaczęłam podążać za kobietami zbierającymi wodorosty dopóki nie weszłam całą
stopą na miliony ruchomych kolców przyczepionych do dna. Jak już się
WYKRZYCZAŁAM z bólu ( bo ból był nieziemski) to na pomoc przyszły kobiety by te
kolce z nóg powyjmować. Te większe, np. 5mm to spoko ale co z takimi 1mm.
Wyjęcie ok. 20 maluteńkich kolców zajęło mi dużo czasu choć i tak zostawiłam
sobie ok. 10 których wyjąć nie byłam w stanie. Przez kolejne dni spacery po pięknej
egzotycznej plaży musiały się odbywać kulejąco i z prędkością żółwia. Jeszcze
miesiąc po tym wydarzeniu, już w Bugisi wyciągałam sobie kolejne kolce siedząco
głęboko w stopie choć i tak jeszcze ze 4 zostały ale chyba już ich nie wyjmę,
niech siedzi we mnie ta Afryka! :) Ta jednak sytuacja z kolcami nie zmieniła mojego zdania, że Zanzibar to jedno z najpiekniejszych miejsc na ziemi, które widziałam i wszystkim polecam!
| Moje kochane kolce |
![]() |
| Przypływ |
![]() |
| Odpływ |
| Nasz "domek" |
| I widok z tarasu |
| Pola wodorostów |
| Hodowla wodorostów |
W ciągu tych kilku dni na wyspie mogliśmy też podziwiać
plantację przypraw Zanzibaru, z czego ta wyspa słynie. Wciąż jest tez jednym z
największych eksporterów goździków na świecie.
| Król Julian i jego Królewny w lesie przypraw :) |
Po Serengeti przyszedł czas na pokazanie mojego domu w Tanzanii czyli misji Bugisi gdzie mieszkam i posługuję. Przyjazd w czwartek, zwiedzanie naszych miejsc pracy, mojego i Joli czyli przychodni zdrowia i szkoły. W piątek zaś udaliśmy się na kigango czyli stacji dojazdowej parafii Bugisi. W Naszej parafii jest 29 kiganek czyli takich kaplic dojazdowych, do których tak często jak to możliwe udaje się ksiądz misjonarz z posługą pastoralną. Tak często tzn. ok. raz na 2/3 miesiące. Nie myślcie tylko, że wierni z każdego kiaganga udają się do swojego kościoła tylko raz na 3 miesiące. Wręcz przeciwnie! Prężnie działają wspólnoty parafialne, wszyscy spotykają się w każda niedziele w kaplicy na wspólnym nabożeństwie. Ogromną rolę odgrywają tutaj świeccy ludzie czyli katechiści (kobiety i mężczyźni). To oni gromadzą na modlitwę małe wspólnoty – w każdą niedzielę czytane jest Słowo Boże, Katechiści głoszą przygotowaną katechezę a następnie rozdają wiernym Komunie Świętą. My tego dnia mogliśmy pojechać na kigango Ilola wraz z ks. Januszem Pociaskiem SMA, proboszczem naszej parafii. Najpierw była piękna Msza Święta, później posiłek w domu jednej z parafianek a następnie udaliśmy się z sakramentami do chorych.
W sobotę już od
rana byliśmy zajęci przygotowaniami do Dnia Dziecka w Parafii który
zorganizowałyśmy z Jolą a nasi goście tj rodzice i Ola dowieźli upominki i
smakołyki pochodzące od ludzi dobrych serc. W tym miejscu serdecznie
dziękujemy!
Dzień dziecka to najpierw
gry, zabawy, konkurencje z nagrodami a potem wspólny posiłek dla wszystkich. Na
rozpoczęciu dzieci było ok. 60. Gdy liczyliśmy ich podczas posiłku – liczba
dosięgła aż 160! To przerosło nasze oczekiwania ale na szczęście zarówno
upominków jak posiłków starczyło dla wszystkich a przy tym wszyscy się
wspaniale bawiliśmy.
Bugisi opuściliśmy w niedzielę bo w poniedziałek lecieliśmy poznać „Massai land” czyli Arushę i okolice. Na lotnisku czekał na nas ks. Arek SMA, który jest skarbnicą wiedzy o Masajach a raczej duchowo sam już się stał Masajem :) Kolejne dni spędziliśmy na Misji Moita Bwawani gdzie pracuje On wraz z innymi Misjonarzami SMA. Misja ta jest położona dokładnie na terenie zamieszkanym przez Masajów więc odgłosy masajskich ozdób, dzwony zawieszone na krowich szyjach, przepięknie brzmiący język maa ubogacały cisze dookoła. Wtorek i środa to czas odwiedzin – szczególnie tych osób, których miałam okazję poznać podczas ostatniej mojej wizyty w Moita Bwawani. To była Nandito, Helenka, Ester, Mama Pendo. Była wymiana upominków i „handel” masajskimi ozdobami i nie tylko. Udało nam się odkupić oryginalne „pojemniki na mleko” – najważniejszy napój Masajów. Moja kibuyu (tzw. bukwa) środku przepięknie pachnie mlekiem i dymem – jest już w Polsce więc każdego kto chce poczuć się trochę jak w masajskiej bomie – zapraszam na wąchanie i podróżowanie zmysłami do świata masajskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









