niedziela, 17 lutego 2013

Kenia 2012

W związku z odwiedzinami mojej znajomej Ewy wybrałam się do Kenii końcem października. Ewa jest lekarką, specjalizującą się w położnictwie i ginekologii. Jest też prezeską polskiej filii Fundacji MaterCare, która zrzesza katolickich ginekologów i położnikow oraz innych pracowników medycznych. Pośród wielu działań na rzecz kobiet i dzieci Fundacja buduje także szpital ginekologiczno-położniczy w Kenii, w Isiolo.
Przyjęcie Ewy na kenijskim lotnisku było więc tylko początkiem super czasu w Kenii. Mieszkaliśmy w domu SMA, znajdującego się w pięknej dzielnicy Karen. Jeśli ktoś czytał "Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen wie, że była ona właścicielką ogromnych terenów na obrzeżach Nairobi. Dziś dzielnica Karen jest zielonym płucem Nairobii i miejscem, gdzie mieszka bardzo dużo cudzoziemców. Neo-kolonizatorzy, w większości Brytyjczycy, mają tam swoje wielkie wille i posiadłości, których nie zawsze byłam w stanie zobaczyć przez 5metrowe mury i żelazne bramy. Dzielnica ta, pomimo generealnych bardzo złych statystyk kryminalnych Nairobii, jest najbezpieczniejszą dzielnicą stolicy. Dlatego też kilkaset zgromadzeń zakonnych i misyjnych zakłada tam swoje domy jako domy prowincjalne/formacyjne/rekolekcyjne dla swoich podopiecznych pochodzących z całej Afryki Wschodniej. Tam też i my, SMA, mamy swój "dom-matkę" dla misjonarzy SMA pracujących w Dystrykcie Wielkich Jezior ( Kenia, Tanzania, DR Kongo, Zambia, RPA, Angola). I właśnie tam się zatrzymaliśmy z Ewą i z ks.Januszem Machotą  na te parę dni. Na pierwszy rzut pojechaliśmy odwiedzić moje ukochane żyrafy. Będąc w Nairobii grzechem nr1 jest nieodwiedzenie żyraf w ich parku w dzielnicy Karen. Ja byłam tam już drugi raz i mogłabym je odwiedzać codziennie. W tym miejscu możesz nakarmić, przytulić, pogłaskać a nawet pocałować te cudowne zwierzaki:) jak można zobaczyć na zdjęciach - to właśnie robiłam :)
Pierwsze zapoznanie Ewy z żyrafą :)


Pierwszego wieczoru pojechaliśmy jeszcze sprawdzić nocne życie Nairobii. Jest takie wspaniałe miejsce jak Tamasha gdzie mnóstwo mieszkańców Nairobii spędza wieczory. To takie pubo-dyskoteki ze świetnym afrykańskim klimatem. Nie dość że serwują dobre i tanie afrykańskie drinki to do tego DJje potrafią świetnie zabawiać klientów. Nas do tańca porwały przeboje lat 70tych i 80tych chociaż potem była i Rihana i afrykańskie rytmy. Jedna z najlepszych imprez w moim dotychczasowym, krótkim jeszcze życiu! Jakby ktoś był w Nairobii to polecam bardzo Tamashę, bezpieczne i bardzo przyjazne miejsce by się zrelaksować i pobyć z przyjaciółmi.

Wróciliśmy do domu o 2 w nocy a o 5 trzeba było już wstawać bo jechaliśmy (Ja, Ewa i x.Janusz) do Isiolo wraz z innymi lekarzami z Fundacji MaterCare, którzy w tym czasie także przebywali w Nairobii. Isiolo leży w samym centrum Kenii, więc przez 5 godziny podróży mogłam podziwiać przepiękne tereny, szczególnie wokół Mount Kenya, najwyższy szczyt Kenii i drugi, po Kilimanjaro najwyższy szczyt w Afryce.
Miałam też zaszczyt, (Tak, bo to zaszczyt!) stanąć na równiku. Jest tylko 15 państw na świecie przez których terytorium przechodzi ta linia dzieląca ziemie na dwie półkule. Na kenijskim równiku nie brakuje turystów i naciągaczy, którzy za kilkanaście dolarów wypiszą Ci piękny dyplom, że byłaś na równiku a za kolejne kilkanaście udowodnią i pokażą w dwóch wiadrach wody na dwóch półkulach, że w jednym woda zakręca w prawo a w drugim w lewo. Zaradność i pomysł na biznes to podstawa! :):)

Szpital w Isiolo, to chyba marzenie wielu - wielu kobiet pragnących bezpiecznie urodzić dziecko; wielu lekarzy i położnych chcących pracować w krajach rozwijających się; wielu krajów rozwijających się chcących mieć tak nowoczesny i dobrze wyposażony szpital. Szpital Fundacji MaterCare znajduje się na obrzeżach miasta Isiolo, na terenach zamieszkanych w większości przez plemiona ludzi Samburu i Turkana. Tereny półpustynne, chatki podobne do pigmejskich, ziemia czerwono-ciemna i wszechpasące się wielbłądy. Suahili jest wciąż dość popularnym językiem w Kenii więc bez problemu mogliśmy się posługiwać z miejscowymi ludźmi. Tereny zachwycają, szpital także dlatego pomimo, że to była krótka wizyta tym razem, wierzę bardzo, że jeszcze kiedyś tam wrócę, choćby na kilka tygodni ale wrócę :)



dr Ewa, przyszła dyrektor Szpitala w Isiolo ;)
 
Rejestracja i izba przyjęć
Nasza ekipa odwiedzająca Isiolo - z Prof.Walley'em na czele
moto-karetka dla ciężarnych kobiet - rewelacyjny pomysł!

Niewłaściwym byłoby niewspomnienie o wielkiej osobie, głównym dyrektorze i współzałożycielem międzynarodowej Fundacji MaterCare. Profesora Roberta Walley'a poznałam w maju zeszłego roku w Polsce podczas konferencji w Szpitalu Św.Rodziny w Warszawie. Ten wspaniały człowiek zaraża swoją charyzmą a jednocześnie pokorą i skromnością. Był on organizotorem i przewodnikiem wyprawy do Isiolo, ten szpital to jego "dziecko" i widać jak wiele miłości włożył w to miejsce. Już wkrótce otwarcie szpitala!
z Ewa i z Prof.Walleyem - ufam, że kiedyś na serio staniemy razem do cięcia cesarskiego :):):)

Po Isiolo czas było wracać do Tanzanii, do naszego Bugisi, w którym Ewa spędziła 2 tygodnie. Ta wspaniała osoba wniosła do naszej wspólnoty wiele radości i dobra. Ewa poświęciła swój urlop i swoje umiejętności by pomóc, na tyle ile jest to możliwe,  kobietom z naszego regionu w różnych schorzeniach ginekologiczno-położniczych. Podczas pierwszej doby pobytu Ewy w Bugisi odbyło się sześć porodów.  Jeden z nich przyjęła Ewa, akurat ten na podłodze , w kucki. To był dzień kiedy sala porodowa zamieniła się w sale operacyjną dla pacjentów z kataraktą. Jedno łóżko przeznaczone było operowanego pacjenta a drugie dla rodzącej. W czasie gdy ja przyjmowałam pierwszy poród przyszła do nas kolejna pacjentka w 6 ciąży, z pełnym rozwarciem szyjki macicy. Ułożyłyśmy ją na podłodze w pokoju obok i w tej pozycji urodziła. Ewa zdążyła założyć tylko rękawiczki i na jej rękach pojawił się po raz pierwszy Tanzanijczyk. Oprócz porodów Ewa profesjonalnie kontrolowała stan naszych noworodków oraz wykonywała badania ultrasonograficzne kobietom. Dzięki temu i ja mogłam się trochę poduczyć, bo mimo, że wykonuję je od dwóch lat, to nie mogę powiedzieć, że to bardzo dobrze umiem robić. Przecież nie skończyłam żadnego kursu a wiedza, która posiadam pochodzi tylko z książek i z doświadczenia. Lekcje z Ewą musiały mi więc zastąpić kurs ultrasonograficzny.

Owocny dyżur
Ewa w swoim żywiole :)
Podczas jej pobytu w Bugisi, na oddział została przyjęta Elizabeth, pacjentka chora na AIDS. Poznałam ją w czasie poradni K, kiedy przychodziła na badania w trakcie swojej 3 ciąży. W tym stanie błogosławionym jej stan się dramatycznie pogorszył i jedynym wyjściem był poród w szpitalu, przy dostępie do natychmiastowej transfuzji krwi. Przyjęliśmy ja na oddział kilka tygodni po tym porodzie. Cierpiała na ogromny obrzęk szyi, który powodował problemy z oddychaniem i jedzeniem. Oprócz tego leczyła w tym czasie gruźlicę, ciężką anemię (Hb wynosiło 5,5g/dl )  i zakażenie skórne. Jako matka miała znikomą ilość pokarmu więc 3 tygodniowy Szymon stracił na wadzę 1,3 kg od czasu narodzin. Elizabeth cierpiała fizycznie ale chyba jeszcze bardziej psychicznie, czując się ciężarem dla męża i złą matką, nie mogąc wykarmić swojego dziecka. Ewa, przyjeżdżając tu, przywiozła ze sobą wielkie pudełko mleka początkowego. Przeznaczyłyśmy je dla małego Szymonka, który szybko je polubił i zaczął przybierać na wadzę. To była dla nas wielka radość! Gorzej było z Elizabeth, która z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Jednego dnia poprosiła mnie o rozmowę więc wieczorem poszłam ją odwiedzić. To była chyba jedna z najtrudniejszych rozmów w moim życiu. Elizabeth płakała a ja razem z nią. Miała wewnętrzne rozdarcie – z jednej strony chciała umrzeć i przestać być ciężarem a z drugiej, nie chciała osierocić tak szybko swojego synka i owdowić męża. Fizycznie nie była w stanie znieść bólu a duchowo, niemocy w opiece nad synkiem. Błagała Boga o ulgę w cierpieniu ale ostatecznie powierzając się Jego woli. Poprosiła również o sakrament spowiedzi i komunii. Następnego dnia postanowiliśmy ją przetransportować do szpitala rządowego w Shinyandze. Kilka dni później przewieziona została dalej do szpitala do Mwanzy, gdzie podobno ma lepszą opiekę. Rozmawiałam z nią niedawno przez telefon i mówi, że czuję się o wiele lepiej. Nie mogłam uwierzyć w jak dobrym humorze była. Mówi, że czuje jakby dostała od Pana Boga nowe życie, by móc zająć się Szymonem. Dla mnie była prawdziwą bohaterką! Gdy na początku ciąży zdiagnozowano u niej obecność wirusa HIV, razem z mężem postanowili przyjąć na świat dziecko, wiedząc, że ciąża ją bardzo osłabi. Proponowali jej wielokrotnie aborcję, nawet w zaawansowanej ciąży, patrząc na coraz bardziej pogarszający się jej stan. Mimo wszystko nie ugięli się i przyjęli na świat swoje dziecko! Wierzę, że to była dla nich ogromna próba wiary i tylko dzięki temu, Elizabeth pomimo, że otarła się o śmierć, dostała drugą szansę życia.
Moja bohaterka Elizabeth z Szymonem

2 komentarze:

Lotta pisze...

Pani Moniko, wykonuje pani najważniejszą i najwspanialszą pracę na świecie. I jeszcze bardzo dobrze pisze. Dziękuję za całe dobro, które od pani wychodzi.
Pozdrawiam serdecznie!

KIAnna pisze...

Pani Moniko, miałam przyjemność oglądać wystawę w BUW-ie opisującą Pani pracę. Wiem, jak odpowiedzialna jest praca położnej (moja Mama również wykonuje ten zawód). Jestem całym sercem z Panią w tej pięknej i trudnej roli na afrykańskiej ziemi.