środa, 15 września 2010

Sukumaland

Weekend się skończył więc czas wreszcie wybrać się na zakupy. W poniedziałek rano oddaliśmy samochód o. Tomka do warsztatu – naprawa miała potrwać ze 3 godziny więc poszliśmy na miasto. Pierwsze co zaliczyliśmy to bank. Czekała tam na mnie miła niespodzianka – klienci banku częstowani są kawą lub herbatą, które pracownica banku przynosi na tacy o średnicy metra. Kto chce – to pije w trakcie czekania na swoją kolejkę do okienka.
Kupiłam tez już kartę z numerem tanzanijskim (jeśli ktoś chce mój numer to proszę o meila - jest o wiele taniej niż na mój Orange-owski numer) .
Po zakupach wróciliśmy do mechanika, jednak okazało się, że jeszcze jedna rzecz jest popsuta więc samochód zostaje tam do wieczora. Ku mojej wielkiej radości, ks. Tomek oznajmił mi, że w takim razie wracamy do domu dala dala (pisałam o nich wczoraj). Naprawdę bardzo się ucieszyłam bo to było moje skryte marzenie od dawna :) A więc wystarczyło tylko znaleźć dobry busik – mieszkamy w dzielnicy Bwiru, ale że trasy busików sa przeróżne więc musieliśmy znaleźć odpowiedni. Pytamy, JEST – udało się. Są jeszcze 2 miejsca wolne, więc się mieścimy. Jak się okazało – kolejne 3 osoby, które weszły też się zmieściły  Siadam z tyłu, przy wielkim otwartym oknie – aby się zmieścić część mnie, lewa strona od pasa w górę musi wystawać za oknem. Buzia mi się cieszy, bo sytuacja jest dosyć śmieszna – ja w połowie na zewnątrz, w głośnikach gra muzyka na full a w 12 osobowym busie jedzie nas 20. W każdym dala dala jedzie Pan Skarbnik, który pobiera opłaty. Nasz Pan Skarbnik ma na sobie 2 pary długich spodni – gdy wychodził na jednym z przystanków jedne mu zsunęły się do kolan – nie poprawił, dalej tak chodził. Dobrze, że drugie zakrywały to co trzeba. Co chwile musiałam uważać na „leżących policjantów” których tu niemało a kierowcy dala dala niespecjalnie przy nich zwalniają więc można się trochę poobijać.
DALA DALA w Mwanzie

We wtorek słońce piekło niemiłosiernie już od samego poranka. Bogatsza o wczorajsze doświadczenie upału w mieście, założyłam okrycie na głowę – jest dobre 35’ , bezchmurne niebo i delikatny wiaterek ochładza ciało. To o wiele przyjemniejsze niż te ulewy i zimno w Polsce, które mnie żegnały. Domyślam się, że w grudniu też nie przywita mnie upał.
Wracając z miasta wstąpiliśmy do Suzette – także Misjonarki Świeckiej SMA ale z prowincji USA, chociaż Suzette tak naprawdę pochodzi z Trynidadu i Tobago. Bardzo sympatyczna dziewczyna. W Mwanzie pracuje od roku w przedszkolu dla dzieci zarażonych wirusem HIV. Część z nich już ma objawy AIDS. Dzieci jest 20 kilka. Mają normalne zajęcia i zabawy oraz są dodatkowo otoczone opieką medyczną. O tym , że dzieci mają HIV pamiętałam tylko przy wejściu. Wiadomo, że w kontakcie z osobami z HIV trzeba zachować szczególną ostrożność ale tym chyba co najbardziej im potrzeba to opieka i miłość bezinteresowna. Separacja czy odrzucenie na pewno im nie ułatwi życia – krótkiego i ciężkiego ale zawsze ŻYCIA.

W środę ruszyliśmy do Itimbii – kolejny przystanek na drodze do Bugisi. Itimbya to misja, gdzie pracuje ks. Tomasz – położona ok. 190 km od Mwanzy - drogą na skróty czyli trzeba trochę płynąć promem przez jezioro – tak też zrobiliśmy.
Przystań dla promu

Po zjechaniu z promu czekało nas 3,5h jazdy przez wioski. Domki porozrzucane na wiele (kilo)metrów kwadratowych świadczyły o tym, że to jest wioska. Co chwila na drogę wychodziły stada krów wraz z pasterzami. Plemię Sukuma, które zamieszkuje te tereny zajmuje się przede wszystkim hodowlą bydła – ich stada często liczą kilkadziesiąt krów. Do tego dochodzi spora ilość małych kózek a czasem i baranków.
Jakby ktoś się wybierał w te rejony małym samochodem osobowym to nie polecam – gwarantuje, że się przejechać nie da. Po drodze można spotkać wiele pułapek, mostów, dziur, które na pewno was zatrzymają. Po 3 godzinach naszej drogi kręgosłup dał się we znaki wytrzęsiony na dziurach i uskokach. Dlatego po dojechaniu do Misji w Itimbii zrobiłam sobie drzemkę. Teraz jesteśmy po kolacji o próbuje dostać się do Internetu :) Jesteśmy daleko od miasta więc mam problem z zasięgiem w komórce.


Ps. Wiem, że dziś moje drogie koleżanki położne miały egzamin na studia magisterskie – pamiętałam o Was i wierzę, że wszystkie dostaniecie się! Pozdrawiam Was serdecznie! Tutaonana! (Do zobaczenia w j.swahili)

Ps2. A za oknem cykanie cykad, śpiew ptaków, szelest suchych traw i drzew i niekończąca się przestrzeń ... czyli Afryka w pełnej okrasie. Chcę Wam to wszystko przekazać, pokazać, zarazić Was Afryką...

2 komentarze:

Joanna pisze...

Mnie DZIKĄ AFRYKĄ zaraziłaś już dawno! :)

Moniczka, pamiętam o Tobie i ściskam Cię mocno! :*

+

Katarzyna pisze...

Monia nawet nie wiesz jak dziwnie czułam się kiedy wpuszczali po liście na egzamin i odruchowo czekałam aż wyczytają Ciebie a potem mnie. dumna jestem z Ciebie i Twojej odwagi!!!jestem z Tobą sercem. ściskam:*