wtorek, 23 listopada 2010

Zew natury.

Długo się nie odzywałam, wiem! Ale było to spowodowane problemami z Internetem – skończył nam się abonament. Ale postaram się Wam nadrobić to co mi się przydarzyło. Zaraz po moim ostatnim wpisie czyli sobota i niedziela odbyły się imprezy pożegnalne dla Proboszcza parafii Bugisi ks. Jasia Machoty, który po 7 latach pracy tutaj przenosi się na inną placówkę, do Mwanzy. W lokalnym zwyczaju normalne jest „wyprawianie” pożegnań, czyli tzw. „sherehe”, które zawsze jest okazją do dobrego posiłku i przygotowania jakiegoś wystąpienia. Główne uroczystości odbyły się w niedzielę, Msza Święta trwała 4 godziny a co było najpiękniejsze – podczas niej mogłam posłuchać pieśni w języku Sukuma. W latach 60’tych ówczesny prezydent Tanzanii, Julius Nyerere wprowadził jako język urzędowy język suahili. Miało to na celu zjednoczenie plemion zamieszkujących Tanzanię. I to mu się udało bo Tanzania jest teraz bardzo pokojowym państwem, a małżeństwa mieszane to rzecz normalna. To ujednolicenie językowe ma jednak swoją złą strony – języki plemienne powoli tracą na wartości, wymiera kultura poszczególnych plemion. I chociaż osoby w średnim wieku umieją i suahili i sukuma to już starsze osoby mówią tylko w j. Sukuma a dzieci w szkole uczą się tylko suahili. I tak sobie myślę, że minie jeszcze parę pokoleń i przepięknie brzmiący język Sukuma zginie śmiercią naturalną. Śpiewy w języku Sukuma podczas Mszy po prostu mnie porwały. Może uda mi się wrzucić niedługo filmik na Youtube to przekażę Wam.


Po mszy poszłyśmy na obiad zorganizowany dla parafian ale szybko trzeba było wracać po „kameralna” impreza pożegnalna dla najbliższych była u nas w domu. Dla najbliższych tzn. Wspólnota SMA, Wspólnota sióstr OLA, Wspólnota Salezjanów oraz wspólnota sióstr Notre Dame + goście. Plan A zakładał grilla na zewnątrz; popołudniem przyszedł deszcz, wszystko zmoczył i oziębił, że trzeba było zastosować plan B czyli nasz dom, ale mięsko z grilla było obowiązkowo. W sumie było nas ok. 20 osób, a najpiękniejsze to, że międzykulturowo bo prawie każdy z innego kraju. Gdy prawie wszyscy się rozeszli a zostali tylko SMA okazało się, że mamy w domu nie lada towarzysza – skropiona długości ok. 30cm.

Dzięki Bogu poruszają się bardzo wolno więc z łatwością można im uciec – gorzej jak się nie zauważy, dlatego chciałam przy okazji podziękować raz jeszcze rodzinie Prugarów za trafiony prezent – nie ruszam się wieczorem bez czołówki, która od Was dostałam, a szczególnie teraz kiedy praktycznie co wieczór nie ma prądu – jest dla mnie niezbędna. Co do skorpiona, najpierw udało się nam go zamroczyć jakimś sprayem, potem był czas na sesję zdjęciową z nim a później zamieszkał w słoiku, w nim umarł i czeka, aż go ktoś zabierze do Polski. Podobno mam zrobić to ja :) Tylko jakby ktoś mógł sprawdzić czy mogę przewozić takie „cuda natury” legalnie to proszę o info, żebym potem nie musiała zmieniać nazwy bloga na „położna w więzieniu kobiet Sukuma” :)

W tygodniu pracy wciąż dużo, bo nie ma naszej felczerki, czyli powiedzmy „lekarki”. Z związku z tym znowu siedzimy z Yunice w gabinecie. To co mi się bardzo w naszej przychodni to to, że nikomu nie zostanie odmówiona pomoc medyczna pomimo braku pieniędzy, a przecież jesteśmy przychodnią prywatną. Przyszła kobieta z dzieckiem, które jak się okazało miało ciężką malarię. Nie miała jak zapłacić , ale zostawiła w zamian rower, ( który ma tu dużą wartość) , wzięła wszystkie lekarstwa dla dziecka i obiecała przyjść z pieniędzmi i odebrać rower. Na następny dzień przyszedł starszy mężczyzna, który także był ciężko chory. Jego leczenie kosztowało 3000 szylingów – w przeliczeniu na złote – ok. 6 zł. Nie miał przy sobie ani szylinga i tez nie miał skąd ich wziąć. Jedynie co miał to zmiotki, które zrobił z suchej trawy. Chciał nimi zapłacić mimo, że ich wartość nawet nie przekraczała 500 szylingów. Bez zastanowienia kupiłam od niego te 2 zmiotki za 3000 szylingów czyli całe jego leczenie. Mi się przydadzą, a Jemu lekarstwa uratują życie. I tak sobie myślę – jak wiele jest życie człowieka warte? Jest bezcenne, bo każdy z nas sam w sobie jest wartością nadrzędną, choćby był najuboższy i pochodzący z najbardziej zapomnianych miejsc na ziemi.
Na oddziale od kilku dni leży 10-letnia Christina, która została dosłownie porwana od swojego taty. Porwali ją jej dziadkowie, rodzice mamy z którą przyszła do nas. Sytuacja jest skomplikowana – rodzice się rozeszli, tata zabrał całą trójkę dzieci i nie pozwala się mamie spotykać z nimi. Christina jest najstarsza. Nie chodzi do szkoły – zajmuje się utrzymaniem domu. Sprząta, pierze, gotuje, wychowuje młodsze rodzeństwo. Trafiła do nas z silną malarią i niedożywieniem. Jest cicha i nieśmiała ale za to pięknie się uśmiecha. Po 4 dniach wyszła do domu, w ręku trzymając list do ojca od naszej przychodni, że ze względu na swój stan zdrowia musi lepiej się odżywiać i mniej pracować. Jedynie co mi zostało, to tylko ufać, że jej tata wdroży to w życie.
W środę pod koniec mojej pracy przyszła para, młode małżeństwo – ona 25 lat, on pod 60-tkę :) Niedawno wzięli ślub no i po nocy poślubnej oboje mają nadzieję, że już Pani zaszła w ciążę. Tak, wiem co sobie myślicie ale naprawdę tak było. No i w związku z tym przyszli zrobili badania, z których ostatnie było USG. Jedynie co mnie zdziwiło, że Panu również mam zrobić USG. S. Cathleen mi wytłumaczyła, ze to takie psychologiczne zagranie, bo wiadomo, że nieprawidłowości u niego nie wykryjemy bo się nie znamy, ale w razie, gdyby on zaczął oskarżać swoją żonę, że brak ciąży to jej wina lepiej się ubezpieczyć i mieć w zanadrzu przyszykowane wyjście awaryjne, czyli zasugerowanie, że to z nim coś jest nie tak. Wiem, że to chwyt poniżej pasa, ale z drugiej strony tutaj niemożność zajścia w ciążę zawsze jest rozumiane jako wina kobiety, nikt nie bierze pod uwagę bezpłodności u mężczyzn. Tak więc zrobiłam mu piękne USG, starając się z zainteresowaniem patrzeć na monitor ultrasonografu a szczerze to nie miałam pojęcia gdzie się kończy pęcherz moczowy a zaczyna prostata:) Pani w ciąży nie była, więc poszli na konsultacje do siostry Cathleen, a co tam ona im naopowiadała to już nawet nie ważne :)

W piątek po pracy pojechałam z Jolą do Mwanzy na weekend. Swoją podróż zaczęłyśmy od dala dala 6 osobowego. Na początku, rzeczywiście, w środku było 6 osób. Z każdym „przystankiem” liczba się stopniowo powiększała, ale jak w końcu zobaczyłam 6 mężczyzn wchodzących do i tak już zapakowanego dala dala to zwątpiłam w rzeczy niemożliwe. Wszystko jest możliwe! Nawet 17 osób w 6 osobowym samochodzie! Kierowca wybrał drogę na skróty – tj. przez okoliczne wioski, gdzie „udało mu się” trafić w kozę na drodze. Byłyśmy z Jolą jedynymi, które zareagowały – co wywołało wśród naszych towarzyszy salwę śmiechu. W końcu dotarłyśmy do Shinyangi na dworzec autobusowy. Nie zdążyłyśmy wyjść z samochodu a już wkoło masa „pomagaczy”, którzy się Tobą zaopiekują włącznie z wprowadzeniem do odpowiedniego autobusu zmierzającego do Mwanzy. W końcu zajęłyśmy miejsce i powoli ruszyliśmy do Mwanzy. Przed nami 3 godziny drogi – pod nogami gdaczące kury od sąsiada, za oknem sprzedawcy wszystkiego co się może przydać w podróży a nad nami tylko aniołowie, czuwający by autobus się nie popsuł po drodze. I dzięki nim dojechaliśmy na czas do Mwanzy, która przywitała nas deszczem – tam już pora deszczowa w pełni.

Weekend w Mwanzie to sobota na zakupach – z Jolą wybrałyśmy się dala dala na miasto. Udało nam się załatwić wiele rzeczy i co ciekawe udało mi się kupić koszulkę reprezentacji Tanzanii w piłkę nożną i mam zamiar z premedytacją ja wykorzystać niedługo  Niedziela odpoczynek a w poniedziałek znowu zakupy i powrót. I to jest właśnie dzień, w którym wykorzystam moją koszulkę. „Mzungu”(czyli Biały) w Mwanzie lub po prostu w podróży często kojarzy się z turystą albo z kieszeniami pełnymi dolarów. Że ja nie jestem ani jednym ani drugim to starałam się udowodnić, z dumą nosząc przez cały dzień koszulkę reprezentacji Tanzanii. Podziałało, bo dużo osób zwracało na to uwagę a szczególnie w autobusie, ulubieni handlarze. Szczególnie jeden taki się doczepił, który uparł się by mieć żonę Polkę, ale że my z Jolą to prawie jak Tanzanijki to musieliśmy się pożegnać :)
Autobus z Mwanzy odjechać miał w planie 14.30. Zawsze się dziwiłam – po co podają godzinę odjazdu skoro i tak wiadomo, że ruszy wtedy jak będzie zapełniony pasażerami. Po pół godzinie komunikat, że zmieniamy autobus na większy bo jest jednak tylu chętnych, że się nie mieścimy. Po zmianie autobusu siedzimy koło sympatycznego muzułmanina. Dzięki niemu dowiadujemy się że właśnie zaczynają zmieniać opony w naszym autobusie. Super! Jedynie co nam zostaje to uzbroić się w cierpliwość. Wykorzystujemy czas na rozmowę z naszym nowym znajomym , który okazało się, że jest z Ugandy i zna Namugongo (Przemek, jak to czytasz to pozdrowienia z Namugongo! :) ) Prowadzi jakiś interes w Kahamie i jest przesympatyczny i bardzo ekumeniczny :) Mija kolejne 1,5 godziny w oczekiwaniu jak ruszymy i powoli tracimy cierpliwość. Wiem, że tu wszystko „pole, pole” ale zanim dojedziemy do domu będzie tak ciemno, że nawet przystanku na którym wysiąść musimy nie zauważymy. Na szczęście znalazło się parę fajnych osób, które z kilometra przed wołało „Mzungu, twój przystanek” że udało nam się wyjść w dobrym miejscu Pożegnałyśmy się z naszym rafiki z Kahamy i wyszłyśmy wprost na ulewę. Nie ma co narzekać, tutaj nikt nigdy nie powie złego słowa na deszcz. Deszcz jest zawsze błogosławieństwem, bo daje życie, daje pokarm. W Bugisi chyba na dobre zaczęła się pora deszczowa, dziś zauważyłam nawet pierwsze milimetry zielonej trawy, które próbują się przebić przez suchy piach. No a poza tym zew natury, wszystko w koło śpiewa, skrzeczy, piszczy i szumi – tzn, że przyroda obudziła się do życia, a najbardziej to wszystkie robaczki, koniczki polne, muchy, muszki i muszeczki, komary i komarzyce, stonki i biedronki i wszystkie inne małe i duże stworzenia. Dzięki temu już nie ma cichych nocy – są za to koncerty natury.


Trochę prywaty na koniec:
1. Gorące uściski dla małej Zosi Prugar, która niedawno przyszła na świat. Rodzicom i Jasiowi – gratuluje!
2. Kochane Gałeczki, jestem w trakcie czytania „Chaty” ale już teraz wiem, że jest świetna! Pozdrawiam całą 6.
3. Gorące pozdrowienia dla p. Eli Czupryniak bo wiem, że mnie tu śledzi :)
4. Serdeczne pozdrowienia dla cioci Stefanii z Wojcieszyna! Do zobaczenia wkrótce!
5. I na koniec - nasz nowy przyjaciel, Ibrachim, syn naszej kucharki :) Prawda, że śliczny?

2 komentarze:

Anna pisze...

Monik, uwielbiam Ciebie czytać :D czytając Twoje wpisy, mam wrazenie, że tam jestem i uczestniczę w tych wszystkich chwilach razem z Tobą :) modlę się za Ciebie i trzymam moooocno kciuki :*

Dagmara pisze...

dobry wieczór! :) tak trafiłam na Pani stronę przygotowując się na konkurs i z ciekawości przeczytałam cały wpis. to naprawdę niesamowite, co Pani tu opisuje :) w te wakacje przeczytałam książkę - biała masajka, o kobiecie, która wyjechała do afryki i tam wyszła za mąż. aż mi się ta własnie książka przypomniała, szczególnie przy tych słowach biała - mzungu, pole, pole. :) powiem szczerze, że od dawna chciałam wyjechać do afryki jako lekarka, a Pani mnie jeszcze bardziej do tego zachęciła.
I potwierdzam - Chata to świetna książka. Zupełnie inaczej patrzę na wiele religijnych spraw po jej przeczytaniu.
Miłej lektury, pozdrawiam i powodzenia,
Dagmara